RSS Feed
  1. 19.

    Czerwiec 22, 2013 by luca

    Dom rodzinny, ten z kucharką i różami prapradziadka, stał w Krobi – tej wielkopolskiej, pod Poznaniem, choć znalazłam także Krobię w gminie – uwaga – Lubicz w Toruńskiem. Pamiętam z dzieciństwa jedno zdjęcie: niewielki, zniszczony dom, brzydota taka, że odwróciłam wzrok i nie zapamiętałam szczegółów. Był to bolesny upadek po opowieściach dziadka, z których w mojej wyobraźni wyłaniał się bielony dworek polski wśród ciemnej zieleni topoli, co go bronią od wiatrów jesieni. Wyobrażenie to jest zresztą nadal żywe i po cichu, po cichutku marzę, że gdy wreszcie tam pojadę, znajdę coś, co warto ratować. Choć może opuszczony przed wojną dom, służący potem zapewne wojsku, władzom ludowym, a kto wie, czy nie na przykład stadom krów ( nie wiem, czy krowy nie najlepsze) jest czymś, co powinno pozostać we wspomnieniach, jak zmarły, którego wolimy pamiętać z jego najlepszych czasów. Od dawna jednak kiełkuje we mnie pomysł, by odnaleźć rodzinny majątek, odkryć go na nowo, może kupić część ziemi i zamieszkać – wrócić – tam, gdzie wychowywał się mój dziadek. Jest to po części romantyczne marzenie dziedziczki bez ziemi, a po części pragnienie odnalezienia korzeni, dotknięcia ich, powąchania i posmakowania, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.

    Poszukując informacji o Krobi natknęłam się na stronę Muzeum w Gostyniu i zapiski jednego z dawnych mieszkańców gminy. Niespodziewanie znalazłam tam taki fragment:

    Kolegą szkolnym z jednej z klas był Stefan Rakowski, mieszkający u swego wujka, krobskiego lekarza – pana Rajmunda Rakowskiego. Stefek jako dobrze wychowany uczeń nie wdawał się w żadne bójki na przerwach. Był przesadnie ugrzeczniony i z tego tytułu w swoisty sposób prześladowany. Byli bowiem zazdrośnicy, a w szczególności tacy, którzy do szkoły przynosili skąpe drugie śniadanie, składające się najczęściej z chleba posmarowanego smalcem lub margaryną . Oni to wybierali z jego teczki smakowite bułeczki z masłem i szynką obłożone. Ale nie tylko on był pozbawiony śniadania. Było to wówczas zjawisko dość nagminne, dyktowane głównie pobudkami zemsty.

    Po pierwszym wzruszeniu oraz refleksji, że w tej rodzinie najwyraźniej mamy przechlapane w szkole dłużej, niż sądziłam, przyszła wątpliwość zasadnicza. Wujka? Miał być dziadek! Tak właśnie wygląda praca nad historią rodzinną: co chwilę z szafy wyskakuje jakaś informacja, która kładzie wszystko, co sądziłam, że wiem.


  2. 18.

    Czerwiec 18, 2013 by luca

    - To w tej rodzinie coś się jeszcze czasem ukryje, i to przypadkiem? – zapytał kiedyś mój brat z wielkim zdumieniem. Fakt, lubimy gadać, nie bardzo też mamy przed sobą tajemnice. To chyba przyzwyczajenie z dzieciństwa, gdy zawsze jakoś okazywało się, że mama wie o wszystkim, zanim jeszcze jej o tym powiemy. Być może bardzo nieudolnie ukrywaliśmy nasze dziecięce sekrety, a może zadziałał gen czarownicy, który nie wiem, skąd się wziął (po babci Emmie, polonizowanej Niemce?…), ale jest z niego kawał genu, nie do przeoczenia. W tym kontekście bardzo mnie kiedyś rozbawił znajomy, opowiadając o przebieranej imprezie z okazji Halloween:
    - Wchodzę do sali klubowej, wszędzie siedzą jakieś wiedźmy… Patrzę, a jedna to twoja matka.

    Ponieważ gen czarownicy zazwyczaj przechodzi z babki na wnuczkę, mam niepokojące przypuszczenia co do mojej córki; czuję, że jak się pewnego dnia zgadają z babcią, to żegnaj, racjonalna argumentacjo. Ale wracając do tajemnic, to tak nam zostało, że zwykle ich nie mamy. Z biegiem lat  coraz jednak trudniej nadążyć za wszystkimi, a jest nas trójka rodzeństwa z domu z ogrodem, do tego Najmłodsza, dziecko już Czyżykowe, bo tu się urodziła i tu mieszka całe życie,  jej dwie siostry od strony taty i jeszcze jedna, cośmy ją sobie nieformalnie przygarnęli do rodziny. Razem sześć dziewczyn i rodzynek. W takiej grupie zawsze ktoś a to zmienia pracę, a to się przeprowadza, a to się rozstał albo przeciwnie, wszedł w związek, a to urodził dziecko… Informacje o aktualnych statusach krążą po rodzinie, o dziwo zwykle docierając na czas i bez przeinaczeń. Najtrudniej nadążyć za najmłodszymi.

    - Jak tam w nowej szkole? Spoko? – spytałam kiedyś sześcioletniego wówczas siostrzeńca.
    - Spoko – odpowiedział, no bo co miał powiedzieć.
    - A koledzy fajni? – drążyłam dalej.
    - No, fajni.
    - A dziewczyny?
    - Są dziewczyny. – I po chwili: -Mam jedną dziewczynę.
    - Serio, masz dziewczynę? – trochę się zdziwiłam, człowiek młody, szkoła nowa, szybko mu poszło. Co prawda przystojny z niego młodzieniec, jak dorośnie, będzie łamał serca jak patyki.
    - No. – powiedział młody z dumą. – Mistrz, nie?
    Mistrz, co tu kryć. Nieźle sobie poczyna, pomyślałam i wkroczyłam na grząski grunt:
    - A to twoja pierwsza dziewczyna, czy w przedszkolu też miałeś?
    - W przedszkolu miałem dwie dziewczyny.
    - Ale na raz, czy oddzielnie? – spytałam zszokowana.
    - Na raz!

    Obecnie ma już trzy; zapytany, czy żadnej nie przeszkadza to, że spotyka się z innymi, wyznał, iż dziewczęta się w ogóle nie spotykają, gdyż każda jest z innego portu: jedna z jego szkoły, druga ze szkoły siostry, trzecia zaś z treningów aikido. W razie konfrontacji wróżę sukces tej ostatniej.


  3. 17.

    Czerwiec 14, 2013 by luca

    Nie lubię jabłek.

    Jako mała dziewczynka wspinałam się na jabłonie, powykręcane, stare, przyjazne drzewa, wiosną ciężkie od kwiatów, jesienią tak pełne owoców, że grożące połamaniem gałęzi. Kwiaty jabłoni, ze swą śnieżną lub kremową bielą, subtelnym różem i tym ulotnym zapachem, którego nie czujesz, gdy wąchasz, ale który cię znienacka obezwładnia, gdy po prostu spokojnie oddychasz, są do dziś moimi ulubionymi. W maju ogród tracił ten pachnący strój i pojawiały się owoce – maleńkie, zielone, jeszcze nawet nie okrągłe, ale rosnące z dnia na dzień. Przez całe lato zbieraliśmy spod drzew niedojrzałe jabłka, którym czasem zdarzyło się opaść przedwcześnie, być może nie bez udziału skaczących po gałęziach dwóch małpiatek. Brat był wówczas za mały na wspinaczkę. Kosztowałyśmy z siostrą tych kwaśnych jabłek, wciąż zdumione, że jeszcze nie dojrzały do zjedzenia, nawet pod koniec lata, gdy nabrały już nieco rumieńców. Zniecierpliwiona mama nauczyła nas w końcu rozpoznawać dojrzałość nadgryzionego jabłka po kolorze pestek: białe oznaczały owoc niedojrzały, po którym będzie bolał brzuch. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek mnie rozbolał, a z ciekawości zjadałam wówczas wszystko, co tylko wpadło mi w ręce. Owoce, liście i kwiaty, trawki, nawet małe gałązki.

    Gdy jabłonki odchowały wreszcie swoje owoce – zielono-czerwone albo w prążki w odcieniach czerwieni i różu, z brązowymi jak należy pestkami – zrywałyśmy je prosto z drzew, z tych najwyższych gałęzi, na których, w najbardziej niedostępnych miejscach, rosły najpiękniejsze, największe, najbardziej rumiane jabłka. Gdy nie dało się zerwać, trzęsłyśmy biednymi drzewkami dopóty, aż upragniony owoc spadł na ziemię, a z nim dwadzieścia innych. Czy wiecie, jak smakuje dojrzałe jabłko prosto z drzewa? Jak raj. Lepiej niż raj. Zerwane prosto z drzewa pachnie liśćmi i tą cieniutką gałązką, która stała się jego ogonkiem. Pachnie skórką, słońcem i drzewem. Pachnie prawdziwym jabłkiem. Ugryzione, chrupie i opryskuje ci brodę sokiem. Zawsze zjadasz całe, czasem nawet razem z ogryzkiem i ogonkiem. One także smakują jak raj. Wąż dobrze wiedział, czym kusić biedną Ewę.

    Te owoce, których nie zdołałyśmy zjeść – a w końcu byłyśmy tylko dwie, a nawet łącznie z małym jeszcze bratem i dziećmi różnych wakacyjnych gości nie dalibyśmy jednak rady przejeść jabłek z kilku drzew – chowano w komórce na zimę. Jabłka przechowują się znakomicie, toteż nigdy nam tych owoców nie brakowało. Dużo, dużo później, gdy przestaliśmy odwiedzać dom z ogrodem, był też inny ogród i inne jabłka. Już nie tak pyszne, ale wciąż stanowiące zapas „na zimę”, duszone i wekowane, ukryte w kuchennej szafce-spiżarce i wyciągane w czarnej godzinie jako dodatek do ryżu, cukru i śmietanki.

    Nie lubię jabłek; zwykłam mówić, że zjadłam ich w życiu już za dużo i mam dość. Prawda jest jednak taka, że jabłko, które dziś kupuję na bazarze, nawoskowane, lepkie od oprysków, zbyt duże i podejrzanie miękkie, i zupełnie pozbawione woni – w niczym nie przypomina tamtych rajskich owoców, których zapach wypełniał ogrody mojego dzieciństwa.


  4. 16.

    Czerwiec 9, 2013 by luca

    W mojej rodzinie czytanie jest czymś zupełnie oczywistym i, jako najstarsze dziecko rodziców chodzących non-stop z nosami w książkach, ze zdziwieniem odkryłam, że nie jest takie dla wszystkich. Odkrycia dokonałam w przedszkolu, gdzie zwykłam sobie siedzieć w kąciku nad książką, co okazało się z jakiegoś powodu denerwować inne dzieci. Dzieci poszły więc do pani na skargę: „Proszę panii, a ona nie czyta, tylko udajee!”. Przedszkolanka podeszła do mnie, sprawdziła, po czym usadziła mnie na środku i kazała czytać dzieciom na głos, ostatecznie grzebiąc wszelkie nadzieje na przyjaźń między nami. I tak to leciało przez kolejne lata, bo z kolei w szkole często wywoływano mnie z lekcji tylko po to, żebym czytała na głos innej klasie. Nienawidziłam tego i próbowałam czytać w tym samym tempie, w jakim czyta się w myślach, wobec czego słuchacze nie rozumieli ani słowa. Wściekła byłam ja, wściekła cała klasa i tylko nauczyciele byli zadowoleni, odwalając moim gardłem wszystkie zastępstwa.

    Z oczytania, a także ogólnego obycia z kulturą, bezpośrednio wynika język, jakim się posługujemy. W domu nie kładło się nacisku na polszczyznę literacką, lecz używało się jej swobodnie, w sposób zupełnie odruchowy. Równie swobodnie przeplatało się ją różnego rodzaju cytatami, powiedzeniami i wtrętami z co najmniej czterech języków. Dziecko zaś słuchało i chłonęło. Zanim zorientowałam się, że „faux pas”, „ex aequo” i „yes, sir” nie są takimi samymi wyrażeniami, jak „daj to” czy „zaraz przyjdę”, musiało upłynąć sporo czasu i kilka komunikacyjnych rozczarowań. Wyobrażam sobie, jak zabawnie musiały brzmieć łacińskie i rosyjskie powiedzonka, ze śmiertelną powagą wplatane w rozmowę przez pięciolatkę, tym bardziej, że nigdy nie sepleniłam i brałam siebie bardzo serio, co już samo w sobie z pewnością było komiczne.

    To jednak, co sprawdzało się w rozmowie z domownikami i zaprzyjaźnionymi dorosłymi, nie było stosowne w przedszkolu i podstawówce. W placówkach tych od razu demaskowano mnie jako kujonkę i dziwaczkę, i nikt mi, niestety, nie wyjaśnił, że dzieci zwyczajnie nie rozumieją połowy tego, co do nich mówię. Niewiele by to zresztą zmieniło, jak bowiem miałabym dostosować swój język do poziomu przeciętnej Kasi czy Zosi, gdy nie byłam w stanie określić, które słowa są „łatwe”, a które „trudne”? Dla mnie wszystkie były łatwe, poznałam je bowiem w domu lub z pierwszych lektur. To, że gdy kończyłam „Winnetou”, inne dzieci ledwo sylabizowały „Plastusiowy pamiętnik”, jakoś nie dało mi do myślenia.

    W dorosłym życiu nauczyłam się dostosowywać język do rozmówcy, mimikra ta zaś, która jest między innymi podstawą udanego handlu, szła mi tak dobrze, że znakomicie sprawdzałam się jako sprzedawczyni. W pewnym momencie złapałam się na tym, że już w ogóle nie używam języka z pełną swobodą, nie wykorzystuję całego wokabularza – notorycznie bowiem okazuje się, że rozmówca nie rozumie, co do niego mówię. Oczywiście zdarza się też, i to wcale często, że ja sama nie znam znaczenia jakiegoś słowa. Najczęściej wtedy milczę, by po rozmowie czym prędzej dowiedzieć się, co ono oznacza, za każdym bowiem razem czuję się jak idiotka. Przyswoiłam sobie zasadę, że używanie „mądrych słów” jest równoznaczne z wymądrzaniem się, a znajomość słownika nie świadczy jeszcze ani o inteligencji, ani, tym bardziej, o sercu. Ogromną jednak czuję ulgę, gdy mogę rozmawiać swobodnie, bez ważenia każdego obcego wyrazu i zastanawiania się, czy rozmówca na pewno odróżnia afekt od awersji. Najswobodniej – oczywiście – z Czyżykową rodziną.


  5. 15.

    Czerwiec 8, 2013 by luca

    Dziś, naturalnie, nie ma znaczenia, czy ktoś herbowny, czy nie. Szlachectwo poważnie straciło na znaczeniu już po pierwszej wojnie, którą prapradziadek nazywał „wojną europejską”, bo ta druga europejska wojna jeszcze nie nadeszła, jeszcze nie zagroziła rodzinnemu majątkowi w Krobi i ukochanym różom pana doktora. Sentyment do niedawnej świetności jednak pozostał i do dziś w biblioteczce mojej mamy stoi mała kolekcja odziedziczonych herbarzy. Nieładnie jest jednak chwalić się długością korzenia, nawet, gdy idzie o korzenie rodzinne. Byłoby to zresztą chwalenie się mocno na wyrost, linia kończy się bowiem na mojej mamie, która dwieście lat temu mogłaby dumnie pieczętować się herbem, oczywiście do momentu zamążpójścia, bo, jak wiadomo, poszła za nieszlachcica.

    Pomimo jednak, że zaglądanie ludziom w drzewo genealogiczne stanowi dziś poważne faux pas, po tylu latach od przymusowego wprowadzenia równości – która pewnie i tak wprowadziłaby się sama, i bardzo dobrze – wciąż zdarzają się takie żenujące sytuacje, gdy rozmówca ewidentnie wydaje się być cienką gałązką jeszcze cieńszej sadzonki. Montgomery w „Emilce” określała to niezbyt ładnie (i wkładała w usta niesympatycznej ciotki): „Wyrośli spod ziemi wczoraj czy przedwczoraj”. Posiadając pewną rodzinną tradycję w myśleniu i oczytaniu, odruchowo oczekuje się tego samego od rozmówcy, który jednakże nie zawsze miał w rodzinie samych lekarzy i prawników. Pradziad rozmówcy mógł być na przykład stolarzem, też potrzebny zawód, i nie wymaga dobrze skompletowanej biblioteki. A jego ojciec – przechodzącym przez wieś żołnierzem. Wszystko to jest bardzo miłe i romantyczne, i nikogo nie deprecjonuję, zmierzam jednak do tego, iż w zwykłej rozmowie można niekiedy wyczuć brak pewnych wspólnych tradycji i nie trzeba odwiedzać nikogo w domu, by wiedzieć, czy pachnie w nim lekko pożółkłymi książkami, czy tylko świeżą farbą drukarską z „Faktu”. Toteż napotkanie bratniej duszy, z równym, choć dobrze skrywanym sentymentem mówiącej: „Podobno przed wojną, w naszym rodzinnym majątku…”, bywa prawdziwym balsamem i początkiem przemiłej konwersacji, i już wcale niekoniecznie o tychże majątkach.

    Osobiście, spotkawszy taką osobę, z większą swobodą używam zawartości słownika wyrazów obcych i przestaję się bać łacińskich wtrętów, które inni mogliby wziąć za popisówę. Innymi słowy, opuszczam gardę, zdejmuję maskę idiotki i na chwilę staję się werbalnie sobą, taką, jak mnie wychowano. A w domu cytaty obcojęzyczne słały się gęsto, polskie zresztą też; znaczenie większości pojmowałam intuicyjnie, na podstawie kontekstu, i źródła niektórych z nich nie znam do dziś.

    Ale o tym może jutro.


  6. 14.

    Czerwiec 8, 2013 by luca

    Herb Lubicz (za Wikipedią)

    „Sięgając początków rodziny Rakowskich herbu Lubicz, od herbu tego zacząć należy. W Polsce bowiem, jak wiadomo, pierwotnie miano bardzo wielu rodzin zarazem było i mianem ich herbu, a dopiero w wiekach XV i XVI zaczęły rodziny od rozmaitych posiadłości różne przybierać nazwiska. Tym sposobem te rodziny, które pieczętują się herbem Lubicz – zwanym pierwotnie „L u b a” – prawie wszystkie* pierwotnie nosiły nazwę L u b a, która i Rakowskich, używających tego herbu, pierwotnem jest mianem rodowem.

    Herb** L u b i c z czyli – jak go dawniej zwano – L u b a, L u b y, L u b y c z e  i  P o d k o w a opisują heraldycy nasi jak następuje: W polu błękitnem podkowa jak w Dąbrowie lub Pobogu ułożona, z dwoma białymi krzyżami, na wierzchu i w środku podkowy; na hełmie trzy pióra strusie.***

    Początek tego herbu sięga, jak podanie**** niesie, XII wieku, mianowicie roku 1190, w którym  K a z i m i e r z  I I  S p r a w i e d l i w y miał go nadać pewnemu rycerzowi, w nagrodę za niepospolite męstwo, okazane w boju z P r u s a k a m i. Zdarzenie to opisują nasi heraldycy, powołując się na kronikarza B a s z k a, jak następuje (z łacińskiego): „Zaprowadziwszy w państwie swem porządek, podjął Kazimierz wyprawę wojenną przeciwko Prusakom poleskim, aby pomścić śmierć brata swego Henryka. Towarzyszyli mu w tej wyprawie bratankowie jego: Bolesław, syn Mieszka, Bolesław Wysoki i Mieszko, synowie Władysława, oraz inni. Gdy podczas walki wojsko polskie nieprzyjaciel zwabił w zasadzkę, uderzył nań z swym hufcem rycerz pewien, z rodu, noszącego w herbie podkowę z krzyżem*****, a zmusiwszy wkrótce całe wojsko nieprzyjacielskie do ucieczki, wziął do niewoli samego wodza i zaprowadził go przed Kazimierza. Ten w nagrodę za cnoty rycerskie obdarzył go wielu włościami i dodał mu do herbu, nad podkową, drugi krzyż, złoty.” A ponieważ działo się to (według O k o l s k i e g o i innych) nad rzeką Drwęcą, którą dawniej „Lubicz” zwano, powstała i stąd nazwa herbu: L u b i c z.

    —-
    *) Wyjątek stanowią tu rodziny nobilitowane lub do herbu przypuszczone.
    **) Herb rodowy był w Polsce, jak wiadomo, jedynym a zarazem największym klejnotem dla szlachcica; zapewniał mu on równość w gronie rycerskiem, a zarazem uprzystępniał udział w obradach nad sprawami publicznemi, w otoczeniu króla i dygnitarzy państwa.
    ***) Nie wszyscy atoli herbowni jednakowo herbu tego używają. Jedni tylko jeden krzyż w środku podkowy kładą, drudzy obydwa krzyże w środku podkowy, inni znowu jeden krzyż, a nad podkową i przy końcach podkowy po jednej gwieździe, w środku zaś (pod podkową) strzałę żeleźcem do góry trochę ukosem idącą, inni jeszcze noszą w herbie na podkowie pióra ptaka albo w prawej i lewej stronie podkowy po jednym rogu myśliwskim, wreszcie inni na hełmie kładą krzyż, a na lewo od tegoż skrzydło. R a k o w s c y używają herbu w takim kształcie, jak go opisuje Paprocki a za nim – inni. M y l n i e tedy utrzymują L i e b m a c h e r, L e d e b u r i R i e t s t a p, jakoby Rakowscy h. Lubicz jeden tylko kładli krzyż, w środku podkowy (por. L i e b m a c h e r, Wappenbuch, t. III str. 315 – L e d e b u r, Adelslexicon d. preuss. Monarchie; – R i e t s t a p, Armorial général, t. II str. 106).
    ****) Co o tem podaniu sądzić, zobaczymy poniżej, gdy przytoczymy przywilej, nadany Lubom, 1420 r. Bądź co bądź nie mogliśmy owej legendy w monografii zupełnie pominąć.
    *****) Według heraldyków, był owym rycerzem jakiś Jastrzębczyk czy Pobożanin.”
     Jakież lekceważenie bije z tego jednego słówka „jakiś”! Było jeszcze dziesięć przypisów, ale te już Czytelnikowi daruję, zwłaszcza, że mniej barwne [Luca].

     


  7. 13.

    Czerwiec 6, 2013 by luca

    Gdy urodził się mój jedyny brat, miałam trzy i pół roku. Pamiętam dziwne zawiniątko w starym, wiklinowym koszu, który służył za łóżeczko, nazywanym w rodzinie „koszem na gada”. Położna zapisała potem w raporcie: „dziecko śpi w koszu na brudną bieliznę!”. Zawiniątko było pomarszczone i niezbyt interesujące, do mnie zaś średnio docierało, że to ma być ten brat, o którym tyle słyszałam. W dodatku zapomniałam, jak mu na imię i było mi z tego powodu głupio.

    Zawiniątko rosło jednak szybko i wkrótce zmieniło się w raczkującą bombę kursującą głównie na trasie sypialnia rodziców-kuchnia i powtarzającą: „dać! jeść!”, niedługo potem zaś zaczęło sięgać do lodówki i od tego momentu już nic, co jadalne, nie było bezpieczne. To niewiarygodne, ile jedzą dorastający chłopcy. Cokolwiek sobie z siostrą przygotowałyśmy lub, nie daj Boże, zostawiłyśmy na później – znikało jak sen jaki złoty. Nie pomagało chowanie, opatrywanie karteczkami „MOJE, NIE RUSZAĆ!”, a nawet nadgryzanie – młody mężczyzna pożerał wszystko z wyjątkiem ryb i śliwek. Do dziś mam taki odruch, żeby dać mu coś do jedzenia, bo na pewno jak zwykle jest głodny – i jednocześnie drugą ręką schować do szafki to, co chciałabym sama później spożyć.

    Z biegiem lat okazało się jednak, że bardzo miło jest mieć brata i dobrze, że siostrzane tortury nie załatwiły go na amen. Brat zrozumie, pomoże, zabierze na piwo. Gdy trzeba, nakrzyczy na innych chłopców. Brat nawet z siostrą zatańczy, choć nie tańczy. Można także pofatygować się do niego po opinię w sprawie ubrania, bo choć sam, jakby to łagodnie ująć, nie jest ikoną mody, to gust do damskiej garderoby ma. I męskie oko, wiadomo.


  8. 12.

    Maj 31, 2013 by luca

    Miałam sześć lat, gdy moja mama spakowala niezbędne rzeczy i z trójką uczepionych spódnicy dzieci wróciła pod opiekuńcze skrzydła dziadka Stefana. Wyobrażam sobie jego minę, gdy znienacka stanęła pod drzwiami, bez uprzedzenia, bo telefonu nie mieliśmy. Ta historia pięknie by wyglądała dwieście lat wcześniej: szlachcianka-inteligentka, ukochana jedynaczka, jej mezalians z synem ukraińskiego zbiega o niewiadomym pochodzeniu, a po kilku latach skruszony powrót do tatusia, który jak zwykle miał rację. Był jednak dwudziesty wiek, odarty z romantyzmu, a na szczęście także większości uprzedzeń. Zamieszkaliśmy więc u dziadka w salonie, który od tego dnia stał się królestwem chaosu.

    Mieszkanie zostało przed wojną zaprojektowane dla małżeństwa z dochodzącą służącą: na lewo dwie sypialnie połączone drzwiami, które pani mogłaby w razie potrzeby zamknąć na klucz, i łazienka dla państwa; pośrodku hol z podwójnymi drzwiami do salonu; na prawo kuchnia, a z niej korytarzyk do pokoiku dwa na dwa, ubikacji i bocznego wejścia do tego samego salonu. Salon miał dwadzieścia parę metrów, był więc tylko niewiele mniejszy od kawalerki, w której zamieszkałam  dwie dekady później. W jednym rogu stał narożnik, a w drugim wersalka; dwoje dzieci spało na wersalce, głowami w przeciwne strony, trzecie zaś z mamą na narożniku. Spanie z mamą było szczęściem i zaszczytem, którego dostępowaliśmy na zmianę, pomimo groźby oberwania w głowę obrazem z rybakami, stanowiącym równie imponującą co wątpliwą ozdobę pokoju. Obraz zresztą faktycznie kiedyś spadł, oczywiście w środku nocy, i od tego czasu przestał stanowić konkurencję dla wiszącego nad wersalką ponurego pradziadka. Uroda obydwu dzieł była z tych wyrafinowanych, trudnych do przeniknięcia dla niewytrenowanego umysłu, toteż,  gdy zdarzyło mi się obudzić w środku nocy, pilnie uważałam, by nie rozglądać się po ścianach.


  9. 11.

    Maj 29, 2013 by luca

    Moi rodzice poznali się w liceum. Klasyczna historia: ona w klasie humanistycznej, on w matematycznej, siedemnaście lat, do tego zabawny przypadek – i gotowe. Przypadek wyglądał tak, że moja mama zgodziła się pójść z chłopakiem do kina w miejsce koleżanki. Cztery lata później, niecierpliwie doczekawszy dwudziestych pierwszych urodzin mojego taty, założyli podstawową komórkę społeczną; nim minęły kolejne trzy, urodziłam się ja, a następnie siostra i brat.

    Już z dwójką dzieci rodzicom było ciasnawo w mieszkaniu pana prokuratora i trzeba było coś przedsięwziąć. Tu wkroczył dziadek mojego taty, hojnym gestem obdarowując młodych kawałkiem ziemi. Tak więc pewnego lata moi rodzice zwinęli manatki i przenieśli się z córkami, półtora- i dwuipółroczną,  pod Warszawę. Zamieszkaliśmy tam w budowli zwanej – bez szacunku dla złudzeń – budą. Buda była z płyt kartonowych, podzielona na dwie izby, do spania i do gotowania. Co do wygódki nie mam pewności, byłam bowiem podówczas na etapie nocnikowym. Buda z pewnością w różnych historycznych okolicznościach mogłaby śmiało służyć licznej rodzinie, co najmniej jednej, i może nawet dawniej służyła. Dla nas była na szczęście jedynie tymczasowym mieszkaniem, ponieważ rodzice spieniężyli książeczkę mieszkaniową i w ciągu jednego lata zbudowali dom. Jak przez mgłę pamiętam facetów (tych od czereśni) kopiących fundamenty i wbijających w nie drewniane pale. Chodziłam za nimi krok w krok ze śmiesznym, gumowym młotkiem, którym pieczołowicie dobijałam każdy pal. Młotek robił „pi!”.

    Pewnego wieczoru, z pewnością dzięki mojej cennej pomocy, dom był gotów. Miał wszystko, co powinien mieć dobry dom: dwa pokoje na piętrze – jeden nasz, dzieci – i łazienkę, zielony salon, sypialnię rodziców, kuchnię, jadalnię, wielki przedpokój i wielki taras, no i oczywiście ogromny ogród. W jadalni stał duży stół i sięgający sufitu regał  z książkami. Dla dwulatki wszystko było wysokie, szerokie, przestronne. Jest takie nadal, gdy śnię o domu i w skrytości ducha cieszę się, że nigdy nie skonfrontuję tych dziecięcych wspomnień z rzeczywistością. Nagła wizyta w niewielkim i ciasnym domku zawalonym gratami, możliwość ogarnięcia ogrodu mojego dzieciństwa jednym spojrzeniem – nie, dziękuję.

    Ogród częściowo urządziła moja mama i pamiętam, że tonął w kwiatach. Były tam tulipany, żonkile, narcyzy, róże pnące, dzikie i krzewiaste, forsycje, peonie i wiele innych, których nazw nie znałam. Prócz kwiatów były owoce: jabłka, gruszki, śliwki, czereśnie, orzechy, morele, porzeczki, agrest. Mama urządziła także ogródek warzywny tak, jak mogła to zrobić tylko panna z miasta. Wytyczyła mianowicie dwie bardzo długie grządki zamiast kilku krótkich; ogromnie ją potem irytowało ciągłe wzdłuż nich bieganie. Wszystkie te cuda mieściły się w połowie ogrodu; druga połowa była niezagospodarowana. Gospodarny pradziadek nie mógł znieść, że ziemia leży tak bez pożytku, siał więc na niej żyto. Co roku rosło bujne i wysokie, i surowo zabraniano nam zabawy w nim, żebyśmy nie deptali kłosów. Co roku jednak nikt go nie ścinał w porę, z czasem więc zboże kładło się i jesienią mój ojciec wreszcie z litości kosił resztki, pozostawiając kłujące rżysko, następnego roku zaś cała historia się powtarzała.

    W tym domu i tym ogrodzie mieszkałam niecałe cztery lata. Exodus pod opiekuńcze skrzydła dziadka miał miejsce zanim poszłam do szkoły. Wciąż jednak, gdy myślę o dzieciństwie, mam przed oczami przede wszystkim tamten wczesny okres, korę jabłoni, trawnik usiany koniczyną, mrówki na pąkach piwonii. Dobrze jest wychowywać się w ogrodzie, wśród zapachów i kolorów, których trzeba doświadczyć z bliska, dotknąć dziecięcą rączką. I kiedy myślę o moich dzieciach, towarzyszy mi pragnienie, aby one też miały tę możliwość. Mieć własny ogród dzieciństwa, prywatną paletę barw, którą na zawsze zachowają we wspomnieniach.


  10. 10.

    Maj 27, 2013 by luca

    Umysł ludzki ma zadziwiającą umiejętność spychania w głąb złych wspomnień, zasypywania ich grubą warstwą niepamięci i nie wykopywania nigdy. Podświetla natomiast te miłe, stawia je na komodzie w ładnej ramce i często odkurza. Toteż  moje dzieciństwo jest jak film „Tajemniczy ogród” Agnieszki Holland: nostalgiczne kadry, ciepłe zdjęcia, niezwykłe kolory. Ogród mojego dzieciństwa jest zawsze słoneczny, pełen brzęczenia pszczół, kwitnących kwiatów, jabłoni uginających się pod ciężarem owoców. Wieczorami palą się pachnące ogniska lub kładę się obok mamy na rozwieszonym między jabłonkami hamaku i, przysypiając, patrzę, jak tata maluje nasz dom na biało. Jako malutką dziewczynkę sadzają mnie na czereśni, bardzo wysoko jak na mój niewielki wzrost, a ja jestem zachwycona, wieszam sobie czereśniowe kolczyki i z godnością rozdającej dary królowej podaję owoce stojącym na dole mężczyznom. Siedzę w zielonym pokoju i rozmawiam z naszą suką Lindą, święcie przekonana, że tylko ja naprawdę ją rozumiem. Mam cztery lata i w tym samym pokoju uczę się czytać i pisać: mam dużą kartkę ze starej komputerowej drukarki, dziurkowaną z obu stron, i pomarańczową kredkę, którą rysuję duże, niewprawne litery; następne wspomnienie to już samodzielne czytanie.

    Jem śniadanie z całą rodziną przy ogromnym kuchennym stole, na którym mama stawia dwie miski twarożku: na słono i na słodko, a tata zawsze niechcący kradnie sztućce do nakładania, nieświadomie odkładając wszystkie przy swoim talerzu; śmiejemy się z wianuszka widelców, które sobie zgromadził. Wspinam się na palce do kolejnych półek z książkami i czytam je po kilka razy, całego Doktora Dolittle i Mary Poppins, baśnie braci Grimm, encyklopedię i w ogóle wszystko, czego dosięgnę. Buduję z drewnianych klocków konstrukcje przeczące prawu grawitacji, ale jeszcze go nie znam, więc wszystko się udaje. W ogrodzie zrywam młode pokrzywy i ukradkiem robię z nich sałatkę, całkiem jadalną. Chodzimy na spacery do lasu, uczę się nazw drzew, ptaków i kwiatów, ćwiczę równowagę na patykach przerzuconych przez strugę (dwadzieścia lat później będę bez trudu przebiegała po wąziutkiej kładce w szpilkach i długiej spódnicy). Oglądam pantofelka pod mikroskopem, kalkuję na kartkach korę drzew, gadam do motyli. Wymyślam imiona dla mającego się urodzić brata, potem patrzę, jaki jest mały, jak je, jak raczkuje. Zasypiam beztrosko w dowolnym miejscu i budzę się zawsze w swoim łóżku, całkowicie bezpieczna.

    W ogrodzie mojego dzieciństwa nie ma kłótni, krzyków, awantur. Nie ma ani jednej rzeczy, która zwiastowała późniejszą pośpieszną przeprowadzkę do dziadka już tylko z mamą i rodzeństwem. Jest tylko sama przeprowadzka, a potem wakacje z tatą, mój pierwszy wyjazd w Bieszczady, ukochane już na zawsze. Sześcioletnia ja nie straciła domu, tylko zyskała drugi, a zaraz potem trzeci, bo w Ustrzykach Górnych czuję się zawsze, jakbym wracała do siebie. Trzy domy, cóż za fantastyczna hojność losu!