RSS Feed

‘Bez kategorii’ Category

  1. 29.

    Październik 21, 2013 by luca

    Gdy miałam piętnaście lat, wyprowadziliśmy się z kociego podwórka do mieszkania na Czyżyka. My, dzieci, wkraczaliśmy właśnie w wiek intensywnych kontaktów towarzyskich, a mama prowadziła na Czyżyka dom otwarty. Każdy niezapowiedziany gość czuł się tam mile widziany, każdy dostał herbaty w ciasnej czyżykowej kuchni, która była jedynym wspólnym pomieszczeniem w domu, pomijając te sanitarne. W efekcie kuchnia zawsze pełna była ludzi. Można było tam spotkać bioterapeutę, architekta, robotnika budowlanego albo młodą żonę, która uciekła od męża-brutala; przeważali jednak uczniowie i studenci w różnym wieku i różnej płci. Pewnego ranka, wstając wcześnie do pracy czy na uczelnię, zastałam nawet w naszej kuchni nagą kobietę (był to dość zaskakujący początek kilkuletniej przyjaźni). Innym razem odebrałam rano telefon i usłyszałam spanikowany głos mojej najlepszej przyjaciółki:

    - Ratuj, zaraz mam próbną maturę i nie mam nawet czystej koszuli!

    - Gdzie jesteś, kotku? – spytałam łagodnie.

    - W kuchni!

    Dałam jej czystą koszulę z mojej szafy i poszłam spać.

    Wracając wieczorem do domu nigdy się nie wiedziało, kogo zastanie się przy kuchennym stole. Niektórzy spośród moich przyjaciół mieli klucze i przychodzili nawet w nocy. Jeden, mieszkający w odległości kilku kilometrów, lubił robić sobie bose spacery z kubkiem herbaty: wychodził z domu z pełnym, wypijał po drodze, wchodził po cichu na Czyżyka o dowolnej porze, robił sobie nową herbatę i wracał. Albo zostawał i szedł spać. Niekiedy zastawałam na swoim biurku stosik książek lub ręcznie pisany list i stąd tylko wiedziałam, że pod moją nieobecność ktoś wpadł z wizytą. Wszyscy moi rówieśnicy mówili do naszej mamy per „Duża” i nierzadko przyjaźnili się z nią mocniej, niż z nami, mama zaś zawsze  dla każdego znalazła chwilę czasu i kawałek serca. Nie wiem, jakim cudem to robiła między wówczas już czwórką dzieci, domem pełnym zwierząt i ludzi a pracą, jakoś to jednak trzymała wszystko w kupie. Oczywiście cały ten ruch i harmider bywał nieco męczący, ilość jednak historii, które wydarzyły się w Czyżykowie, wynagradza te niedogodności z nawiązką.


  2. 28.

    Wrzesień 22, 2013 by luca

    Podwórkowe zatrzęsienie kotów owocowało często i obficie, bo dwa razy do roku – wiosną i jesienią. Kocia bieda i okrutni ludzie powodowali, że sporo kociaków zostawało bez opieki. Pewnego razu dzika kotka urodziła sześcioro dzieci w piwnicy naszego sąsiada, zajmowała się nimi przez krótki czas, aż pewnego dnia wyszła po jedzenie i nie wróciła. Kociaki najpierw piszczały, a potem odnalazły drogę pod drzwiami na korytarz, gdzie wkroczył czynnik ludzki w postaci mojej matki. Tak po raz pierwszy zostałam kocią mamą.

    Sześć kociąt rezydowało w naszej już piwnicy, w ścisłej, rzecz jasna, tajemnicy przed dziadkiem. Razem z mamą, koleżanką i mamą koleżanki poiłyśmy je rozcieńczoną śmietanką. Gdy dwa były karmione, reszta piszczała. Szybko nauczyły się jeść kocie jedzenie, a z czasem wszystkie prócz jednego znalazły domy. Została najmniejsza kocia dziewczynka, zwana przez nas Resztką, śliczna, o białym futerku, przez które prześwitywała delikatna, różowa skóra. Nie miała zbyt przebojowego charakteru ani nie wyglądała zbyt krzepko. Jednak pewnego dnia, gdy zwiedzałyśmy z nią wielki świat – podwórko, wpadła w oko chłopcu bawiącemu z wizytą u dziadków. Dziadkowie byli bardzo poważnym starszym małżeństwem, mieszkającym na parterze w mojej klatce, a chłopiec był ze Stanów i musiał mieć wszystko, czego zapragnął. Dziadkowie zgodzili się więc, żeby wziął kota, a my sceptycznie na to przystałyśmy.

    Tydzień później dokonałyśmy wizytacji poadopcyjnej. Chłopiec odleciał z rodzicami do USA, a nasza Resztka nazywała się teraz Lady i miała różową obróżkę. Pijała wodę źródlaną z butelki (na początku lat dziewięćdziesiątych!), taką samą, jak pan domu. Jej kuwetka stała na samym środku dywanu w sypialni pani domu, w kuwetce zaś znajdował się szczyt rozpusty – żwirek ze sklepu! W czasach, gdy każdy przynosił w wiaderku piasek z najbliższej budowy, nasza Resztka miała specjalny żwirek. Stałyśmy z mamą zszokowane w progu tej sypialni, po której Resztka, o pardon, Lady, rozsypywała właśnie luksusowy produkt. „Takie sobie wybrała miejsce…” – powiedziała pani domu, jakby się tłumacząc. Wiedziałyśmy, że kolejna nasza wizyta nie będzie potrzebna.

    Od tego czasu widywałam kotkę wyłącznie przez okno. Wypiękniała, przytyła, ale trzymała linię. Futro miała teraz bujne, gęste – idealne tło dla kolejnych eleganckich obróżek. Siadywała na parapecie i obserwowała świat z góry. Gdy przystawałam, żeby ją pozdrowić, z kocią wyższością mrużyła oczy i odwracała głowę.


  3. 27.

    Sierpień 24, 2013 by luca

    Na naszym podwórku roiło się od kotów. Właściwie były to cztery podwórka, połączone ze sobą przejściami i bramami, a koty miały swoje enklawy. Na widok człowieka uciekały i chowały się po kątach; szybko zorientowałam się, że niebezpodstawnie. Raz na jakiś czas spotykało się kociaka z wyłupionym okiem lub w inny sposób okaleczonego. Kto się dopuszczał tych okrucieństw, nie było do końca wiadomo, krążyła tylko wieść, że jakieś „dzieciaki”. Osobiście mocno podejrzewałam pewnego małego rudzielca z przedostatniej klatki, który narażał się, komu popadło, w tym i mnie: nie dość, że strzelał z procy – celnie i czymś bolesnym – to na dodatek pewnego razu wepchnął mnie z rowerem na metalowy płotek, w wyniku czego bliznę na kolanie miałam przez dobrych kilka lat. Ogółem wredny był z niego typek i jakież było moje zdumienie, gdy pewnego dnia, wracając ze szkoły, zastałam na podwórku zbiegowisko: Leszek uratował kociaka ze znalezionego w śmietniku miotu. Wdrapał się do kontenera i wyciągnął jedyne ocalałe kociątko, małe, szare i piszczące (z czasem domowy zwierzyniec, zainicjowany przez burasa, zasiliły inne koty uratowane przez Leszka z narażeniem cennej skóry). Oczywiście wzięłam kotka na ręce, a on wtulił się we mnie i ewidentnie nie zamierzał już nigdzie się ruszać. Spory w tym udział miała pewnie moja puszysta bluza o fakturze podobnej do miękkiego ręcznika, jedno z niezrozumiałych dziwactw mody lat dziewięćdziesiątych. Niemniej rozczuliłam się tak, jak tylko może się rozczulić dziewczynka przytulająca małego kotka i postanowiłam stawić czoła surowemu zakazowi dziadka. Uwierzcie mi, że nie była to łatwa decyzja.

    Kociaka odstawiłam do naszego pokoju i wkroczyłam do jaskini lwa. Zaczęłam od tego, że mam ogromną prośbę, a potem długo opowiadałam o wielkim nieszczęściu biednego zwierzaczka, którego cudem uratowano od śmierci. Zaklinałam się na wszystkie świętości, że się nim zajmę, nie sprawi żadnego kłopotu i w ogóle nie będzie widywany na pokojach. Ku mojemu zdumieniu udało się. Dziadek postawił tylko jeden warunek: kot nie opuszcza dużego pokoju. Ponieważ duży pokój miał rozmiary małej kawalerki, sprawa była jak najbardziej do zrobienia. Odetchnęłam i oto stałam się właścicielką kociaka. Z jakiegoś tajemniczego powodu nazwałam go Iwanem Groźnym i zakwaterowałam na parterze domku dla  Barbie. W jednym pomieszczeniu miał jadalnię, a w drugim ubikację. Spał ze mną na poduszce, wpychając mi nosek w ucho i mrucząc jak traktor. Pierwszego dnia dziadek zajrzał do pokoju i powiedział: „No, pokażcie tego kota.”, po czym oficjalnie przestał się zwierzakiem interesować.

    Iwan rósł i miał się świetnie. Wyrósł z domku dla lalek i nauczył się łapać kółeczko na żyłce. Jak wszystkie koty lubił się chować i miał swoje kryjówki, z których jednak zwykle wychodził, gdy wołałam go po imieniu. Dlatego gdy któregoś dnia po powrocie do domu nie mogliśmy go znaleźć, zaniepokoiliśmy się nie na żarty. Wyszliśmy gdzieś wszyscy, to znaczy cała nasza trójka i mama, nikt więc nie widział, kiedy i gdzie Iwan wlazł, i poważnie podejrzewaliśmy najgorsze: złamanie zakazu opuszczania pokoju. Wprawdzie pilnowaliśmy obojga drzwi jak szaleni, ale w końcu była nas trójka dzieciaków, a koty są szybkie. Przestraszona, lecz świadoma swojej odpowiedzialności, zapukałam do dziadka.
    - Dziadek, nie widziałeś ko… – zaczęłam, otwierając drzwi, po czym reszta pytania stała się zbędna. Szary kot leżał rozparty na odzianych w szare spodnie od garnituru kolanach dziadka i mruczał zapamiętale. Obaj mieli bardzo zadowolone miny.

    Od tego czasu kot Iwan stał się nieodłącznym towarzyszem dziadka. Do mnie przychodził spać, do mojej mamy – jeść, resztę czasu zaś zazwyczaj spędzał ze swoim nowym, ukochanym panem. Dziadek Stefan, odwieczny psiarz, teraz odpoczywał z kotem na kolanach, bawił się z nim, nie ruszając się z fotela i wiecznie chodząc z podrapanymi dłońmi, zmywał,schylony nad zlewem, z kotem na ramionach i chodził z nim tak po domu. Po niedługim czasie pozwalał mu wchodzić na swój stół nawet przy gościach, częstował go swoimi kanapkami, a także herbatą z własnej szklanki. Herbata była słodzona dwie łyżeczki; gdy dziadek zmarł, mama, słodząca jedną łyżeczkę, niekiedy specjalnie robiła sobie słodszą herbatę, żeby podzielić się z kotem. Chodzili tak sobie we dwóch, ogromnie szczęśliwi, i tylko jednej rzeczy dziadek nigdy się nie nauczył: robić „kici, kici”. Pojętny Iwan, który bez trudu przyswajał sztuczki w rodzaju przeskakiwania przez przeszkodę na moje polecenie, szybko zaczął więc przychodzić na cmokanie.

    Mój dziadek zmarł niewiele lat później, kot zaś żył jeszcze długo. Z czasem przestał lubić sztuczki, ale na zawsze została mu namiętność do słodkiej herbaty i przychodzenie na pewien szczególny rodzaj cmokania.


  4. 26.

    Lipiec 14, 2013 by luca

    Byłam stworzeniem koszmarnie przemądrzałym. O wszystkim musiałam wygłosić opinię, zawsze śmiertelnie poważną, i nie znosiłam, gdy ktoś się ze mnie śmiał. Teraz wyobraźcie sobie czterolatkę, która do każdej rozmowy wtrąca swoje bardzo serio cztery grosze, a zrozumiecie, z jaką mieszanką irytacji i rozbawienia musieli się na co dzień mierzyć moi rodzice. Święci ludzie. Gadałam bez przerwy, buzia mi się nie zamykała, co pozostało mi zresztą do dziś. Na szczęście mój mąż także jest świętym człowiekiem. Moja młodsza siostra mówiła niewiele i zawsze była raczej introwertyczką. Natomiast brat… Cóż, młody szybko nauczył się, co jest najważniejsze w rodzinie wielodzietnej. Jako kilkumiesięczne niemowlę bardzo sprawnie przemieszczał się na czterech w kierunku kuchni, nieustannie i dobitnie powtarzając przy tym: „Daććć jeśćć!”. Miłe te złego początki zapowiadały rewolucję w naszym życiu i lodówce; od dnia, w którym młodszy braciszek nauczył się samodzielnie ją otwierać, nic nie mogło uchronić się przed jego nienasyconym apetytem. Nie pomagało chowanie do szuflad, podpisywanie, nawet nadgryzanie swoich, pozostawionych na później, zapasów – bez szans. Czego nie zjadłyśmy od razu, z tym mogłyśmy się pożegnać na zawsze. To nieprawdopodobne, ile jedzenia potrafi pochłonąć rosnący chłopiec, pozostając przy tym chudym jak szczapa.

    Gdy braciszek miał jakieś dwa lata, jedna z naszych ciotek w przypływie fantazji nauczyła go, jak się przedstawiać pełnym zdaniem. Bardzo był z tego dumny i przedstawiał się chętnie każdemu, w tym przechodniom na ulicy. Mój tata znienawidził ciotkę na wieki.

    Zdanie, którym dwuletni synek radował każdą napotkaną osobę, znajomą czy obcą, brzmiało:
    - Jestem Pepeg-Z-Gumy, nieślubny syn wodza Azteków!


  5. 25.

    Lipiec 11, 2013 by luca

    W moim domu rodzinnym nie było wprawdzie, jak u pana doktora, „dni językowych”, gdy każdy, nim poprosił o cukier, musiał najpierw dowiedzieć się, jak to zrobić w obowiązującym tego dnia języku, była natomiast bogata, staranna, kwiecista polszczyzna. Ani rodzice, ani żaden z częstych gości nie ograniczali języka w rozmowie z dziećmi, wyjąwszy może wulgaryzmy, które niekiedy udawało nam się podsłuchać między dorosłymi, ale przy nas wyrażano się co najwyżej po francusku. „Merde” wydaje się słowem wręcz eleganckim, prawda? Wszelkie szczebiotanie i niunianie do dzieci jest mojej rodzinie obce, toteż od najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam zdania długie, literackie. Będąc najstarszym dzieckiem i nie mając na początku z kim gruchać, szybko opanowałam polszczyznę; rodzinna legenda głosi, że pierwsze zdanie wypowiedziałam w wieku sześciu miesięcy. Niosło ono treść ważką: „O, tata idzie!” Do niedawna skłonna byłam kłaść tę opowieść między bajki, ale wydarzyły się dwie rzeczy, które sprawiły, że uwierzyłam. Pierwszą było spotkanie z dawno nie widzianą znajomą rodziny, która, nieproszona, opowiedziała tę samą historię. Drugą fakt, że oto własna moja córka, skończywszy pół roku, pewnego ranka rzekła do swego ojca, całkiem świadomie i jakby nigdy nic: „Cześć tata!”

    Gadałam więc szybko i dużo, tak dużo, że prawdopodobnie moi rodzice woleliby mieć dłużej nie-mowlę. Z jakiegoś też powodu od początku mówiłam wyraźnie, bez tak charakterystycznego dla małych dzieci, rozkosznego seplenienia. Tylko „r” sprawiało mi trudność, ale niezbyt długo. Zasób słów zaś rozwijałam błyskawicznie, korzystając z rodzicielskiego wokabularza z całą swobodą chłonnego, dziecięcego umysłu. Zupełnie przeciwnie moja młodsza o rok siostra: ona zawsze była myślicielką, zanim więc się odezwała, długo układała sobie w głowie nową umiejętność, przez dobre dwa lata prezentując światu jedynie guganie, które ja skrzętnie tłumaczyłam na język istot rozumnych. I tak gugała, aż pewnego dnia stanęła w drzwiach pokoju i powiedziała:
    - Mama, jak skońcys plasować, to ubiez mi lalę, dobze?
    Moja matka omal nie upuściła żelazka.
    - Coś ty powiedziała?! – spytała szokowana, bo młodsze dziecko do tej pory naprawdę nie mówiło ani słowa.
    - No zebyś jak skońcys, to mi ublała lalę, no! – odparło dziecko i wyszło. Od tego dnia mówiło.

    Pewnego dnia przyszła w odwiedziny prababcia. Prababcia była żoną tego pradziadka, który podarował ziemię pod nasz dom i siał w ogrodzie zboże. Bywała u nas, choć pamiętam to jak przez mgłę; być może bywała rzadko. W tamtym czasie mogła mieć może ze trzy lata, a moja siostra dwa, w każdym razie przynajmniej jedna z nas już mówiła, a obie na co dzień, jak się rzekło, obcowałyśmy z literacką polszczyzną. Prababcia zaś przyszła i rzekła:
    - Chodźcie, dziewczynki, pójdziemy ajciu.
    Nie zrozumiawszy dziwnego komunikatu, poleciałam do mamy.
    - Mama, a co babcia mówi, bo ja nie rozumiem?
    Moja mama właśnie dzień wcześniej dowiedziała się przypadkiem, co to jest „ajciu”:
    - Babcia proponuje wam, żebyście poszły z nią na spacer.
    - To czemu babcie nie powie jak człowiek?
    - Bo myśli, że wy tak mówicie…
    - To głupie! – orzekłam podobno z całym właściwym wiekowi nietaktem i od tego momentu patrzyłam na prababcię podejrzliwie.


  6. 24.

    Lipiec 2, 2013 by luca

    Ogród mojego dzieciństwa to nie jest po prostu miejsce. Za biało-zieloną furtką, przez którą ostatni raz przeszłam wiele, wiele lat temu, czają się rzeczy ważniejsze. Oniryczny pejzażyk za szalonym bogactwem kwiatowych barw kryje dziesiątki, setki zakątków, a w każdym z nich wspomnienie. Twardość i soczystość zerwanego z drzewa jabłka, gdy zatapiam w nim zęby; pierwszy kęs, niepodobny do kolejnych – dziś takie wrażenie daje mi pierwszy łyk zimnego piwa i tylko ten pierwszy naprawdę smakuje. Obserwowane z bliska mrówki, jak pijane biegające po pąkach peonii – dziś wiem, że faktycznie odurzone jej słodkim sokiem, który potem je zabijał. Młode modrzewie w kolorze wiosennej trawy i cud ich zrzucanych co jesień, miękkich igiełek – dziś słowo „modrzew” kojarzy mi się z wielkim, majestatycznym drzewem, a tamte były jak nieletnie panienki w zielonych sukienkach. Szczenięta, które suka sąsiadów bez żenady podrzucała nam, dzieciom, pod opiekę i szła Bóg wie, gdzie – dopiero niedawno przypomniałam sobie, jak jedwabiście miękka jest sierść takiego malutkiego psiaka.

    Gdzieś na tyłach ogrodu, między jabłonkami, nad gęstym trawnikiem snuje się ciężki, pachnący dym. Jeśli wstanę o świcie, zdążę na ostatnie pieczone nocą w ognisku ziemniaki, trafiające do dziecięcych rąk już wystudzone, nie parzące – tylko pyszne. Dwadzieścia lat później nie będę umiała ich jeść bez soli; teraz są jeszcze pełne smaku, najlepsze na świecie. A jeśli jestem odważna, całkiem sama idę w najdalszy kąt, gdzie, za sianym przez pradziadka nietykalnym zbożem, za kurtyną pokrzyw, za pająkami i ślimakami rośnie jeden, jedyny krzaczek truskawek. Co roku patrzę, jak kwitną i nigdy nie trafiam na owoce, niekiedy zaś nie znajduję nawet i liści – pojawiają się i znikają, kiedy chcą, a może to ten zakątek pojawia się i znika zależnie od widzimisię jakiejś ogrodowej wróżki.

    Zimą zjeżdżamy na nartach z małej górki, tworzącej podstawę domu – dziś nawet nie wiem, jak się zakłada narty i zawsze mówię, że nie, nigdy nie jeździłam.


  7. 23.

    Czerwiec 29, 2013 by luca

    Przywiązuję się do miejsc.

    Lubię czuć się u siebie, lubię mieć dokąd wracać. My home is my castle, jest też moim miejscem na naładowanie akumulatorów, prawdziwy odpoczynek, zbudowanie przestrzeni, która najlepiej mnie wspiera. Nie lubię się przeprowadzać, nie lubię, gdy przeprowadzają się znajomi, nawet wracam często do tych samych kilku kawiarni, siadając zwykle w tym samym kącie.

    Od dzieciństwa, od opuszczenia domu z ogrodem, towarzyszy mi marzenie o gnieździe rodowym. Pragnęłabym wielkiego domu, w którym każdy, kto zechce, mógłby znaleźć swoje mieszkanie i gdzie wszyscy zmieściliby się w święta przy jednym, ogromnym stole. Z dużym ogrodem, w którym dzieci mogłyby się bawić w chowanego, a dorośli wyprawiać przyjęcia. Taki dom, powiecie,  można mieć gdziekolwiek, po cóż od razu szukać jakiejś ruiny, w której ileśset lat temu mieszkali ludzie, znani mi tylko z nazwisk na pożółkłym papierze? Ale ja lubię wracać. Prócz tego kocham stare budynki, stare mury, które przesiąkły ludźmi i historiami. Nowe domy wydają mi się zupełnie puste, anonimowe jak poczekalnia. W starych jest życie, ciepło, zapachy i wspomnienia. Wierzę, że budynki pamiętają. Wierzę, że moje śledztwo doprowadzi mnie do prawdziwego, rodzinnego domu, który mnie rozpozna i przywita jak dawno wyczekiwaną przyjaciółkę.

    —————————-

    Na południe od Inowrocławia leży Kruszwica, a na południe od Kruszwicy -  mała wieś: Sukowy. Z akt gruntowych i hipotecznych Suków (r. 1791, t. I fol. 9) wydobył mój prapradziadek informację, że „Sukowy i Rucewo (wraz z Rechtą i pustkowiem Starczewem) nabył Ignacy za 80 000 flor. polsk. od chorążego Józefa Rożnieckiego, w dniu 24 czerwca 1788, że jednak przewłaszczenie – wskutek długiej zwłoki, spowodowanej przez sprzedającego – nastąpiło dopiero 3 lutego 1795r.” Aleksy Piotr Ignacy Rakowski urodził się w roku 1751 i nie miał szczęścia do dziedziców. Pierwsza żona urodziła dwóch chłopców – bliźnięta – z których żaden nie dożył wieku dorosłego, oraz córkę, Annę. Druga – syna, który jednak zmarł bezpotomnie. Gdy Anna miała 18 lat, rodzice sporządzili testament, oddający jej „na wieczne i nieodzowne czasy” połowę Suków. W roku 1811 Anna bierze ślub; w tym samym roku jej owdowiały już ojciec, Ignacy, żeni się powtórnie. Sześć lat później Anna, już także wdowa, ponownie wychodzi za mąż za Feliksa Chmieleckiego, a w kolejnym roku (1818) druga żona Ignacego rozwodzi się z nim (w XVIII wieku!) i rodzi wspomnianego syna, nie wiadomo, czy w tej kolejności. Biorąc pod uwagę, że małżonka miała jakieś trzydzieści lat, a Ignacy był już około siedemdziesiątki, decyzja wydaje się zrozumiała (może myślała, że mąż wyzionie ducha szybciej, a on sobie żył jeszcze siedem lat).

    W Sukowach wychowywał się też Zygmunt Rakowski, który był moim cztery razy pra-dziadkiem. Wcześnie stracił rodziców i zamieszkał u stryja, a właściwie u… tu się, przyznam, gubię w nomenklaturze. Dziadek Zygmunta miał brata i Ignacy, dziedzic na Sukowach, był synem tego brata. Czyli „stryj” to chyba właściwe określenie, choć niezbyt precyzyjne. To właśnie Zygmunt podejmował się zarządzania różnymi cudzymi majątkami, starości dożył zaś u jednego z synów, Wiktora, który poszedł na księdza. Drugi syn, Leopold, nauczyciel, był ojcem osiadłego w Krobi doktora Rajmunda.

    Mamy więc rok 1825, Ignacy umiera, nowym dziedzicem na Sukowach z przyległościami zostaje zaś Chmielecki i jego żona Anna z Rakowskich. Co dalej z Sukowami, nie wiadomo, zwłaszcza, że i Chmieleccy nie mieli synów, same córki.  Znalazłam źródło mówiące, że następnymi właścicielami byli niejaki Josef von Zawadzki i Bona z domu von Karlowska, ale na tej samej stronie czytamy, że Anna Rakowska była żoną Josefa von Chmielickiego, gdy tymczasem wspomniane dokumenty z Suków stwierdzają, że nazywał się Feliks Chmielecki, o von już nie wspominam, bo bynajmniej nie polski to przedrostek.

    Anna i Feliks-Josef wzięli ślub w kościele św. Barbary w Rechcie, który już mój prapradziadek opisuje jako piękny zabytek; na tę samą opinię trafiłam współcześnie w internecie. Internet stwierdza lekko, że:

    „Rechta jest starą osadą sięgającą czasów piastowskich. Legenda mówi, że nazwa pochodzi od rechtania wieprzy, które ryły ziemię pod rozłożystym starym dębem.

    Ludzie, którzy nadbiegli, słysząc głośne rechtanie, znaleźli wygrzebany przez wieprze obraz na desce, przedstawiający Matkę Boską z Dzieciątkiem. Obmyli go w wodzie i powiesili na dębie. Od tego czasu woda w źródle miała cudowne właściwości lecznicze. W XVI w. Rechta wchodziła w skład majątku Sukowy. W 1557 r. pani na Sukowach ufundowała w Rechcie niewielką, drewnianą kaplicę na fundamencie kamiennym, która spłonęła.

    W 1753 r. wzniesiono obecny kościół pod wezwaniem św. Barbary i wyposażono go w ołtarz główny przedstawiający patronkę świątyni, natomiast w ołtarzu bocznym umieszczono płaskorzeźbę Zesłania Ducha Świętego wykonaną przez ucznia Wita Stwosza” [źródło]


  8. 22.

    Czerwiec 29, 2013 by luca

    Buduję w internecie drzewo genealogiczne. Zaczęłam przed kilku godzinami i mam już 178 osób. Robię to, ponieważ imiona  w rodzinie powtarzały się i w pewnym momencie zaczęłam mylić bohaterów. Niestety w drzewie też mi się mylą, bo trudno jest objąć je wzrokiem w całości. Nie mieści się na ekranie komputera; kiedy skończę, wydrukuję je w dużym formacie i będzie łatwiej.

    Prapradziadek też musiał mieć takie chwile podczas swojej, dużo bardziej żmudnej, pracy:

    „Jan Nepomucen, ur. 16 maja 1791 r. w Poznaniu, zaślubił Pelagię Wiewiorowską, z którą miał dwóch synów: Teofila i Tadeusza. Był w roku 1835 zarządcą dóbr Rogów Potulickich, w Miechowskiem, i wylegitymował się ze szlachectwa przed b. Herodyą Kr. Polskiego. Umarł w Jaszkowie, w W. Ks. Poznańskiem, bezpotomnie (1840 r.?)”

    O Sukowach już wiem co nieco, mam zdjęcia pałacu, wiem, od kiedy rodzina tam mieszkała, od kogo Sukowy wraz z przyległościami kupiła, kiedy i za jaką sumę. Wiem też, niestety, w jakim stanie jest obecnie rządzony przez gminę zabytek.


  9. 21.

    Czerwiec 28, 2013 by luca

    Z opowieści mojego dziadka wyłaniał się romantyczny obraz szlacheckiej posiadłości z wielkim domem, w którym urodziły się i wychowały się pokolenia dzieci, starzy ludzie umierali we własnych łóżkach, wydawano przyjęcia i zatrudniano pokojówki. W młodości wyobrażałam sobie, że wracam do miasteczka jako dziedziczka, a na dźwięk mojego nazwiska starsi mieszkańcy uśmiechają się i zdejmują czapki. Tymczasem im bardziej zagłębiam się w historię rodzinną, tym bardziej ten obraz popada w ruinę. Płaty farby odpadają z niego jak ze zrujnowanego budynku, który sprzedano jako elegancki dworek, lecz zapomniano go przedtem pokazać nabywcy. Rodowa posiadłość, według ostatnich informacji, okazuje się domem przy rynku, kupionym przez pana doktora, gdy w celach zarobkowych sprowadził się do Krobi. Ojciec pra-pradziadka Rajmunda, Leopold, był z kolei nauczycielem, a dziadek – zarządcą majątków, niekoniecznie własnych. Rodzina migrowała po całej Polsce, dopiero w Krobi wychowały się dwa pokolenia – dwóch z trzech Budrysów urodziło się już tam, tam też mieszkały dzieci srogiego pradziadka, czyli Stefanek i jego młodsza siostra.

    Dziadek-zarządca, który dla mnie jest pra-pra-pra-pradziadkiem, urodził się w Babicach pod Warszawą, w majątku dzierżawionym od miejscowego proboszcza. Rodzina mieszkała tam krótko, czegoś się bowiem z proboszczem nie dogadywali i skończyło się sprawą sądową. Po trzech bodaj latach dzierżawca, Ignacy, mój 5 x pradziad, wyjechał czy wrócił do rodzinnych Sukowów, gdzie w 1808 roku był łaskaw umrzeć, osierociwszy Zygmunta (późniejszego zarządcę) i Stanisława, braci bliźniaków. O losach Stasia mój pradziadek, pisząc kronikę, niczego się nie zdołał dowiedzieć. Zygmunt wychowywał się w rodzinnym majątku (nareszcie!) w Sukowach pod opieką stryja, też Ignacego.

    Jesteśmy więc na przełomie XVIII i XIX wieku i mamy jeszcze tradycje ziemiańskie. Sukowy (co za nazwa!) leżą gdzieś pod Inowrocławiem. W Wikipedii są o Sukowach dwa zdania. Do następnego wpisu dowiem się o nich wszystkiego.


  10. 20.

    Czerwiec 26, 2013 by luca

    Stefanek, którego krojono z kanapek, urodził się w 1921 roku. Jego ojciec, Zygmunt, groźny filolog klasyczny z portretu – w 1904. O ile dziadek nie miał po wojnie podrobionych papierów – a mógł, wiele się przecież działo, niejeden się potem, przy wyrabianiu dokumentów, odmładzał lub postarzał – o ile więc nie miał, wychodzi, że srogi Zygmunt srogo poszalał jako szesnastolatek. Niestety kronika rodzinna milczy o jego losach, spis pokoleń kończy się na Zygmuncie, Kazimierzu i Wiesławie, trzech synach autora, którym dedykowana jest kronika. Być może pra-pradziadek pisał kronikę, zanim trzech Budrysów podrosło i zaczęło się pakować w kłopoty; nie wiadomo, zeszyt pozbawiony jest daty, najświeższe zaś opisywane wydarzenia dzieją się w roku 1915. Dość zrozumiałe staje się natomiast, że Stefanka wychowywał jego dziadek, być może podając się za wujka, a być może tylko nie dementując ewentualnych pomyłek.

    Doktor Rakowski nie był chyba zresztą bardzo lubianym człowiekiem. Urodzony w Łagiewnikach, do Krobi przybył jako lekarz w 1902 roku i siedem lat później naraził się miejscowej społeczności protestując przeciwko zatrudnieniu drugiego doktora, z wyszukaną ironią odpisując na ogłoszenie w miejscowej gazecie. Społeczność odpisała sążnistą pyskówką, zarzucając lekarzowi między innymi to, że nie poślubił rodowitej Polki (sic!). Jak się sprawa skończyła, nie wiadomo, ale w swoim liście do gazety doktor Rajmund sugerował, że za całą sprawą stoi jedna tylko osoba, żywiąca do niego osobistą niechęć. Dziś już nie dowiemy się, o co chodziło, choć jako ciekawostkę można zestawić zarzuty o antypolskości (ogromne wówczas oskarżenie!) z niemieckim spisem polskich działaczy w latach 1910-1913, w którym figuruje między innymi dr Rajmund Rakowski – lekarz. Mimo „niepolskiej” żony, Bogu ducha winnej Małgorzaty Antoniny Jadwigi Anny z Wegnerów.

    Śledzenie takich drobiazgów jest fascynującym zajęciem, a dzięki cyfrowym bibliotekom mam niewątpliwie o wiele łatwiejsze zadanie, niż miał pra-pradziadek. Kusi, by w kilku z nich wpisać tylko odpowiednie nazwiska, a potem czytać, czytać, czytać…