RSS Feed

9.

26 maja 2013 by luca

Obżerający się czereśniami i kanapkami Stefanek wyszedł na ludzi i jakoś zdał maturę, choć był rocznik kolumbowy i matura mu wypadła akurat w dzień wybuchu wojny, po czym ukończył studia prawnicze i został prokuratorem. Dość niefortunny zawód jak na powojenną Polskę i zdaje się, że moja mama nie miała łatwo na podwórku. O swojej pracy w prokuraturze generalnej dziadek nigdy mi nie opowiadał, co w sumie nie dziwi, zważywszy, że byłam gówniara, natomiast po siedemdziesiątce nadal bez zająknięcia recytował „Galia est omnis divisa”. To także doskonale rozumiem – łacina robi z mózgiem dziwne rzeczy i ja również, po tresurze w liceum, w środku nocy wyrecytuję dowolną deklinację.

Z dzieciństwa pamiętam ciągłe procesje obcych ludzi, którzy znikali w pokoju dziadka z tajemniczymi paczkami w rękach i wychodzili bez nich, jeszcze w progu kłaniając się i dziękując. Byli to ludzie, którzy po wielu, wielu latach wciąż wizytą i flaszeczką okazywali wdzięczność. Dopiero po dłuższym czasie poskładałam to sobie w jakąś, wciąż mocno dziurawą, całość i czasem zastanawiam się, ile osób mój dziadek uratował od bankructwa w ustroju słusznie minionym. Pewne pojęcie mogło dawać pomyszkowanie po dziadkowych szafkach, czy raczej szybki rzut oka, gdy czasem prosił, by coś mu podać. Jeden barek w brązowej meblościance na wysoki połysk w całości wypełniony był dobrym alkoholem. Drugi – słodyczami dla nas, dzieci, w większości kupionymi osobiście przez dziadka. Niżej była szafka pełna deficytowych wówczas kosmetyków. Stały tam sobie i pomału się kurzyły, gdy tymczasem dziadek używał wyłącznie kremu do golenia „Wars” i wody „Przemysławka”, alkoholu zaś w ogóle nie pił. Barek opustoszał stopniowo dopiero po jego śmierci; podkradłam wówczas nieco czerwonego Johnny’ego Walkera ze stojącej na wierzchu butelki i na zawsze znielubiłam wszystko żółte, z wyjątkiem białego wina.

Zawodowa uczciwość nie była jednak na pokaz i jedynaczka pana prokuratora miała wśród rówieśników przechlapane. „A twój tata wsadza ludzi do więzienia!” – wołano i obrażano się. Do tego dochodziły zakłócenia komunikacyjne, bo w domu mówiono językiem literackim i wychowywano dziecko na panienkę kulturalną oraz wykształconą. Efekt był taki, że gdy koleżanka na podwórku mówiła, że czegoś nie zrobi, bo „rodzice jej nie kazali”, moja mama szczerze się dziwiła: nie kazali, to zrozumiałe, ale przecież nie bronili?…

Wychowanie dziecka pod kloszem i jednocześnie w ostrym rygorze nie wyszło dziadkom na dobre. Starannie kształtowany charakter jedynej córeczki najwyraźniej się wypaczył i nie poszła na prawo, na medycynę ani nawet na filologię. Co prawda na tę ostatnią próbowała, ale tu pan prokurator popełnił błąd strategiczny i próbował córeczkę zaprotegować; niestety u niewłaściwej osoby, skutkiem czego córeczka oficjalnie oblała egzamin z doskonale znanego i kochanego francuskiego. Niedługo później wyszła za mojego ojca, popełniając coś w rodzaju mezaliansu (uważam, że mezalianse są niezwykle romantyczne!). Wynikła z tego trójka dzieci, a długi czas potem – mieszkanie na Czyżyka, z wanną, w której najlepiej na świecie się czytało i pisało.

Ale o walkach o łazienkę – innym razem.


Brak komentarzy

Brak komentarzy.

Przepraszamy, możliwość dodawania komentarzy jest obecnie wyłączona.