RSS Feed

5.

21 maja 2013 by luca

Dziadek kochał psy. Przed moim narodzeniem miewał zwykle do trzech sztuk, same suki. Gdy byłam mała, była już tylko Linda, którą znaleźli gdzieś moi rodzice. Linda była sześć lat starsza ode mnie i jako jedyna istota na świecie rozumiała mój pociąg do obuwia, który czułam, odkąd nauczyłam się raczkować. Gdy tylko udało mi się wymknąć z pokoju, pędziłam z całą prędkością zdesperowanego niemowlęcia, w przedpokoju właziłam w kąt z butami, wybierałam te największe i najbardziej ubłocone, po czym zatapiałam w nich nieliczne zęby. Ludzi ogarniała zgroza, pies zaś patrzył na nich z politowaniem: jest szczenię, gryzie buty, normalna rzecz! Później, gdy przeprowadziliśmy się do domu z ogrodem, a Linda razem z nami, dziadek został bez zwierząt. Mówiło się, że to z powodu prowadzonej w mieszkaniu firmy i przychodzących, jak mówił dziadek, „interesantów” (nigdy później nie słyszałam tego słowa!). Ale ja myślę, że nie chciał już więcej przeżywać odejścia psa.

Najbardziej wzruszająca historia, jaką opowiedział mi dziadek, to ta o suczce po wypadku. Zobaczył ją pewnego dnia, wracając z pracy; na ulicy stał tłumek oburzonych ludzi i bardzo kogoś przeklinał. Jak się okazało, obiektem przekleństw był kierowca, który przed chwilą potrącił psa i uciekł. Pies, biedna, mała, ledwo żywa szmatka, leżał pośrodku kręgu oburzonych, z których żaden nie przyszedł mu z pomocą. Mój dziadek – w garniturze i z teczką – minął tych wszystkich ludzi, wziął ranną suczkę na ręce i zaniósł do weterynarza, a potem do domu.

Po wypadku suczka już zawsze chodziła tylko na przednich łapach, bezwładne tylne ciągnąc za sobą. A mojego dziadka kochała bezwarunkowo i zawsze, gdy wychodził z pracy, czołgała się pod drzwi, żeby przywitać pana pierwsza. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że pan wracał o bardzo różnych porach. Nie szkodzi; ona wiedziała.


Brak komentarzy

Brak komentarzy.

Przepraszamy, możliwość dodawania komentarzy jest obecnie wyłączona.