RSS Feed

3.

19 maja 2013 by luca

Każdy potrzebuje korzeni. Bez wiedzy o tym, skąd pochodzimy, trudno nam orzec, kim jesteśmy. Nie wyobrażam sobie życia w oderwaniu od tej wiedzy; jestem odrębnym bytem, tak, ale nie wzięłam się z tchnienia dobrej wróżki. Właściwie to wzięłam się z pociągu relacji Warszawa – Sanok, zapewne brudnego i śmierdzącego, bo początek lat osiemdziesiątych nie obfitował w wypieszczone Inter City, a gdyby obfitował, to raczej nie puszczano by ich w Bieszczady. Poczęcie dziecka w pociągu to niezły sposób na stworzenie niespokojnego ducha, wiecznie między: „pieprznę wszystko i wyjadę w te Bieszczady” a „nie mogłabym żyć poza miastem”. Oczywiście, że od urodzenia lubię pociągi.

Tata mojego taty pochodzi z Ukrainy i nikt nie wie, jakie naprawdę nosi nazwisko. W tym miejscu korzenie urywają się. O rodzinie od strony babci również nie wiem zbyt wiele. Najbliżej mi do rodziny mamy, po mieczu, czyli od strony Stefanka, który wyżarł kanapki. Dziadek Stefan ożenił się z piękną kobietą o polskim imieniu Alicja, której mama była Niemką i do końca życia nie nauczyła się dobrze mówić po polsku. Mam więc geny ukraińskie i niemieckie, to znaczy te na pewno, bo co jeszcze – trudno powiedzieć. Jak wiadomo, „prawdziwi Polacy” nie istnieją, zwłaszcza, że krew w narodzie gorąca i na przestrzeni dziejów mieszaliśmy się często a chętnie. Panieńskiego nazwiska babci Ali jako dziecko nie byłam w stanie nawet wymówić, zaś w wieku dziesięciu lat okazałam całkowity brak zainteresowania językiem niemieckim. Prababcia zapewne przewróciła się w grobie. I na przewracającej się prababci, która mówiła: „siur” zamiast: „szczur” kończy się moja wiedza o żeńskiej gałęzi drzewa genealogicznego.

Zostaje linia po mieczu: opowieści dziadka, wspomniana kronika i herbarze na półkach. Herbarze są niemodne, a chwalenie się pochodzeniem uchodzi za prostackie – trochę jak chwalenie się ceną kupionego domu. Czym tu zresztą imponować? Na pewno nie majątkiem, który zapobiegliwy pradziadek sprzedał był przed wojną; przewidział, że będą zabierać, nie przewidział jednak, że kiedyś zaczną też oddawać. Wyobrażam sobie, jak uzyskane pieniądze nerwowo rozdzielano po rodzinie, żeby każdy mógł jakoś sobie poradzić. Rozdzielono też zastawę i w domu mamy obecnie szczątki kryształów: misę na banany, komplet do serwowania konfitur, ręcznie robione kieliszki w sześciu kolorach – każdy z innej parafii, bo w międzyczasie się tłukły i dokupowano nowe. Mamy także pół kompletu srebrnych sztućców, które zwykłam nostalgicznie czyścić dwa razy do roku, gdy mieszkałam jeszcze na Czyżyka. W naszej połowie jest dwanaście widelców, nie ma natomiast wcale łyżek.

Miło jest pomyśleć, że gdzieś na świecie żyje rodzina, która przed świętami czyści dwanaście srebrnych łyżek, zastanawiając się, gdzie trafiły widelce.


Brak komentarzy

Brak komentarzy.

Przepraszamy, możliwość dodawania komentarzy jest obecnie wyłączona.