RSS Feed

28.

22 września 2013 by luca

Podwórkowe zatrzęsienie kotów owocowało często i obficie, bo dwa razy do roku – wiosną i jesienią. Kocia bieda i okrutni ludzie powodowali, że sporo kociaków zostawało bez opieki. Pewnego razu dzika kotka urodziła sześcioro dzieci w piwnicy naszego sąsiada, zajmowała się nimi przez krótki czas, aż pewnego dnia wyszła po jedzenie i nie wróciła. Kociaki najpierw piszczały, a potem odnalazły drogę pod drzwiami na korytarz, gdzie wkroczył czynnik ludzki w postaci mojej matki. Tak po raz pierwszy zostałam kocią mamą.

Sześć kociąt rezydowało w naszej już piwnicy, w ścisłej, rzecz jasna, tajemnicy przed dziadkiem. Razem z mamą, koleżanką i mamą koleżanki poiłyśmy je rozcieńczoną śmietanką. Gdy dwa były karmione, reszta piszczała. Szybko nauczyły się jeść kocie jedzenie, a z czasem wszystkie prócz jednego znalazły domy. Została najmniejsza kocia dziewczynka, zwana przez nas Resztką, śliczna, o białym futerku, przez które prześwitywała delikatna, różowa skóra. Nie miała zbyt przebojowego charakteru ani nie wyglądała zbyt krzepko. Jednak pewnego dnia, gdy zwiedzałyśmy z nią wielki świat – podwórko, wpadła w oko chłopcu bawiącemu z wizytą u dziadków. Dziadkowie byli bardzo poważnym starszym małżeństwem, mieszkającym na parterze w mojej klatce, a chłopiec był ze Stanów i musiał mieć wszystko, czego zapragnął. Dziadkowie zgodzili się więc, żeby wziął kota, a my sceptycznie na to przystałyśmy.

Tydzień później dokonałyśmy wizytacji poadopcyjnej. Chłopiec odleciał z rodzicami do USA, a nasza Resztka nazywała się teraz Lady i miała różową obróżkę. Pijała wodę źródlaną z butelki (na początku lat dziewięćdziesiątych!), taką samą, jak pan domu. Jej kuwetka stała na samym środku dywanu w sypialni pani domu, w kuwetce zaś znajdował się szczyt rozpusty – żwirek ze sklepu! W czasach, gdy każdy przynosił w wiaderku piasek z najbliższej budowy, nasza Resztka miała specjalny żwirek. Stałyśmy z mamą zszokowane w progu tej sypialni, po której Resztka, o pardon, Lady, rozsypywała właśnie luksusowy produkt. „Takie sobie wybrała miejsce…” – powiedziała pani domu, jakby się tłumacząc. Wiedziałyśmy, że kolejna nasza wizyta nie będzie potrzebna.

Od tego czasu widywałam kotkę wyłącznie przez okno. Wypiękniała, przytyła, ale trzymała linię. Futro miała teraz bujne, gęste – idealne tło dla kolejnych eleganckich obróżek. Siadywała na parapecie i obserwowała świat z góry. Gdy przystawałam, żeby ją pozdrowić, z kocią wyższością mrużyła oczy i odwracała głowę.


Brak komentarzy

Brak komentarzy.

Przepraszamy, możliwość dodawania komentarzy jest obecnie wyłączona.