RSS Feed

26.

14 lipca 2013 by luca

Byłam stworzeniem koszmarnie przemądrzałym. O wszystkim musiałam wygłosić opinię, zawsze śmiertelnie poważną, i nie znosiłam, gdy ktoś się ze mnie śmiał. Teraz wyobraźcie sobie czterolatkę, która do każdej rozmowy wtrąca swoje bardzo serio cztery grosze, a zrozumiecie, z jaką mieszanką irytacji i rozbawienia musieli się na co dzień mierzyć moi rodzice. Święci ludzie. Gadałam bez przerwy, buzia mi się nie zamykała, co pozostało mi zresztą do dziś. Na szczęście mój mąż także jest świętym człowiekiem. Moja młodsza siostra mówiła niewiele i zawsze była raczej introwertyczką. Natomiast brat… Cóż, młody szybko nauczył się, co jest najważniejsze w rodzinie wielodzietnej. Jako kilkumiesięczne niemowlę bardzo sprawnie przemieszczał się na czterech w kierunku kuchni, nieustannie i dobitnie powtarzając przy tym: „Daććć jeśćć!”. Miłe te złego początki zapowiadały rewolucję w naszym życiu i lodówce; od dnia, w którym młodszy braciszek nauczył się samodzielnie ją otwierać, nic nie mogło uchronić się przed jego nienasyconym apetytem. Nie pomagało chowanie do szuflad, podpisywanie, nawet nadgryzanie swoich, pozostawionych na później, zapasów – bez szans. Czego nie zjadłyśmy od razu, z tym mogłyśmy się pożegnać na zawsze. To nieprawdopodobne, ile jedzenia potrafi pochłonąć rosnący chłopiec, pozostając przy tym chudym jak szczapa.

Gdy braciszek miał jakieś dwa lata, jedna z naszych ciotek w przypływie fantazji nauczyła go, jak się przedstawiać pełnym zdaniem. Bardzo był z tego dumny i przedstawiał się chętnie każdemu, w tym przechodniom na ulicy. Mój tata znienawidził ciotkę na wieki.

Zdanie, którym dwuletni synek radował każdą napotkaną osobę, znajomą czy obcą, brzmiało:
- Jestem Pepeg-Z-Gumy, nieślubny syn wodza Azteków!


Brak komentarzy

Brak komentarzy.

Przepraszamy, możliwość dodawania komentarzy jest obecnie wyłączona.