RSS Feed

25.

11 lipca 2013 by luca

W moim domu rodzinnym nie było wprawdzie, jak u pana doktora, „dni językowych”, gdy każdy, nim poprosił o cukier, musiał najpierw dowiedzieć się, jak to zrobić w obowiązującym tego dnia języku, była natomiast bogata, staranna, kwiecista polszczyzna. Ani rodzice, ani żaden z częstych gości nie ograniczali języka w rozmowie z dziećmi, wyjąwszy może wulgaryzmy, które niekiedy udawało nam się podsłuchać między dorosłymi, ale przy nas wyrażano się co najwyżej po francusku. „Merde” wydaje się słowem wręcz eleganckim, prawda? Wszelkie szczebiotanie i niunianie do dzieci jest mojej rodzinie obce, toteż od najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam zdania długie, literackie. Będąc najstarszym dzieckiem i nie mając na początku z kim gruchać, szybko opanowałam polszczyznę; rodzinna legenda głosi, że pierwsze zdanie wypowiedziałam w wieku sześciu miesięcy. Niosło ono treść ważką: „O, tata idzie!” Do niedawna skłonna byłam kłaść tę opowieść między bajki, ale wydarzyły się dwie rzeczy, które sprawiły, że uwierzyłam. Pierwszą było spotkanie z dawno nie widzianą znajomą rodziny, która, nieproszona, opowiedziała tę samą historię. Drugą fakt, że oto własna moja córka, skończywszy pół roku, pewnego ranka rzekła do swego ojca, całkiem świadomie i jakby nigdy nic: „Cześć tata!”

Gadałam więc szybko i dużo, tak dużo, że prawdopodobnie moi rodzice woleliby mieć dłużej nie-mowlę. Z jakiegoś też powodu od początku mówiłam wyraźnie, bez tak charakterystycznego dla małych dzieci, rozkosznego seplenienia. Tylko „r” sprawiało mi trudność, ale niezbyt długo. Zasób słów zaś rozwijałam błyskawicznie, korzystając z rodzicielskiego wokabularza z całą swobodą chłonnego, dziecięcego umysłu. Zupełnie przeciwnie moja młodsza o rok siostra: ona zawsze była myślicielką, zanim więc się odezwała, długo układała sobie w głowie nową umiejętność, przez dobre dwa lata prezentując światu jedynie guganie, które ja skrzętnie tłumaczyłam na język istot rozumnych. I tak gugała, aż pewnego dnia stanęła w drzwiach pokoju i powiedziała:
- Mama, jak skońcys plasować, to ubiez mi lalę, dobze?
Moja matka omal nie upuściła żelazka.
- Coś ty powiedziała?! – spytała szokowana, bo młodsze dziecko do tej pory naprawdę nie mówiło ani słowa.
- No zebyś jak skońcys, to mi ublała lalę, no! – odparło dziecko i wyszło. Od tego dnia mówiło.

Pewnego dnia przyszła w odwiedziny prababcia. Prababcia była żoną tego pradziadka, który podarował ziemię pod nasz dom i siał w ogrodzie zboże. Bywała u nas, choć pamiętam to jak przez mgłę; być może bywała rzadko. W tamtym czasie mogła mieć może ze trzy lata, a moja siostra dwa, w każdym razie przynajmniej jedna z nas już mówiła, a obie na co dzień, jak się rzekło, obcowałyśmy z literacką polszczyzną. Prababcia zaś przyszła i rzekła:
- Chodźcie, dziewczynki, pójdziemy ajciu.
Nie zrozumiawszy dziwnego komunikatu, poleciałam do mamy.
- Mama, a co babcia mówi, bo ja nie rozumiem?
Moja mama właśnie dzień wcześniej dowiedziała się przypadkiem, co to jest „ajciu”:
- Babcia proponuje wam, żebyście poszły z nią na spacer.
- To czemu babcie nie powie jak człowiek?
- Bo myśli, że wy tak mówicie…
- To głupie! – orzekłam podobno z całym właściwym wiekowi nietaktem i od tego momentu patrzyłam na prababcię podejrzliwie.


Brak komentarzy

Brak komentarzy.

Przepraszamy, możliwość dodawania komentarzy jest obecnie wyłączona.