RSS Feed

Sierpień, 2013

  1. 27.

    Sierpień 24, 2013 by luca

    Na naszym podwórku roiło się od kotów. Właściwie były to cztery podwórka, połączone ze sobą przejściami i bramami, a koty miały swoje enklawy. Na widok człowieka uciekały i chowały się po kątach; szybko zorientowałam się, że niebezpodstawnie. Raz na jakiś czas spotykało się kociaka z wyłupionym okiem lub w inny sposób okaleczonego. Kto się dopuszczał tych okrucieństw, nie było do końca wiadomo, krążyła tylko wieść, że jakieś „dzieciaki”. Osobiście mocno podejrzewałam pewnego małego rudzielca z przedostatniej klatki, który narażał się, komu popadło, w tym i mnie: nie dość, że strzelał z procy – celnie i czymś bolesnym – to na dodatek pewnego razu wepchnął mnie z rowerem na metalowy płotek, w wyniku czego bliznę na kolanie miałam przez dobrych kilka lat. Ogółem wredny był z niego typek i jakież było moje zdumienie, gdy pewnego dnia, wracając ze szkoły, zastałam na podwórku zbiegowisko: Leszek uratował kociaka ze znalezionego w śmietniku miotu. Wdrapał się do kontenera i wyciągnął jedyne ocalałe kociątko, małe, szare i piszczące (z czasem domowy zwierzyniec, zainicjowany przez burasa, zasiliły inne koty uratowane przez Leszka z narażeniem cennej skóry). Oczywiście wzięłam kotka na ręce, a on wtulił się we mnie i ewidentnie nie zamierzał już nigdzie się ruszać. Spory w tym udział miała pewnie moja puszysta bluza o fakturze podobnej do miękkiego ręcznika, jedno z niezrozumiałych dziwactw mody lat dziewięćdziesiątych. Niemniej rozczuliłam się tak, jak tylko może się rozczulić dziewczynka przytulająca małego kotka i postanowiłam stawić czoła surowemu zakazowi dziadka. Uwierzcie mi, że nie była to łatwa decyzja.

    Kociaka odstawiłam do naszego pokoju i wkroczyłam do jaskini lwa. Zaczęłam od tego, że mam ogromną prośbę, a potem długo opowiadałam o wielkim nieszczęściu biednego zwierzaczka, którego cudem uratowano od śmierci. Zaklinałam się na wszystkie świętości, że się nim zajmę, nie sprawi żadnego kłopotu i w ogóle nie będzie widywany na pokojach. Ku mojemu zdumieniu udało się. Dziadek postawił tylko jeden warunek: kot nie opuszcza dużego pokoju. Ponieważ duży pokój miał rozmiary małej kawalerki, sprawa była jak najbardziej do zrobienia. Odetchnęłam i oto stałam się właścicielką kociaka. Z jakiegoś tajemniczego powodu nazwałam go Iwanem Groźnym i zakwaterowałam na parterze domku dla  Barbie. W jednym pomieszczeniu miał jadalnię, a w drugim ubikację. Spał ze mną na poduszce, wpychając mi nosek w ucho i mrucząc jak traktor. Pierwszego dnia dziadek zajrzał do pokoju i powiedział: „No, pokażcie tego kota.”, po czym oficjalnie przestał się zwierzakiem interesować.

    Iwan rósł i miał się świetnie. Wyrósł z domku dla lalek i nauczył się łapać kółeczko na żyłce. Jak wszystkie koty lubił się chować i miał swoje kryjówki, z których jednak zwykle wychodził, gdy wołałam go po imieniu. Dlatego gdy któregoś dnia po powrocie do domu nie mogliśmy go znaleźć, zaniepokoiliśmy się nie na żarty. Wyszliśmy gdzieś wszyscy, to znaczy cała nasza trójka i mama, nikt więc nie widział, kiedy i gdzie Iwan wlazł, i poważnie podejrzewaliśmy najgorsze: złamanie zakazu opuszczania pokoju. Wprawdzie pilnowaliśmy obojga drzwi jak szaleni, ale w końcu była nas trójka dzieciaków, a koty są szybkie. Przestraszona, lecz świadoma swojej odpowiedzialności, zapukałam do dziadka.
    - Dziadek, nie widziałeś ko… – zaczęłam, otwierając drzwi, po czym reszta pytania stała się zbędna. Szary kot leżał rozparty na odzianych w szare spodnie od garnituru kolanach dziadka i mruczał zapamiętale. Obaj mieli bardzo zadowolone miny.

    Od tego czasu kot Iwan stał się nieodłącznym towarzyszem dziadka. Do mnie przychodził spać, do mojej mamy – jeść, resztę czasu zaś zazwyczaj spędzał ze swoim nowym, ukochanym panem. Dziadek Stefan, odwieczny psiarz, teraz odpoczywał z kotem na kolanach, bawił się z nim, nie ruszając się z fotela i wiecznie chodząc z podrapanymi dłońmi, zmywał,schylony nad zlewem, z kotem na ramionach i chodził z nim tak po domu. Po niedługim czasie pozwalał mu wchodzić na swój stół nawet przy gościach, częstował go swoimi kanapkami, a także herbatą z własnej szklanki. Herbata była słodzona dwie łyżeczki; gdy dziadek zmarł, mama, słodząca jedną łyżeczkę, niekiedy specjalnie robiła sobie słodszą herbatę, żeby podzielić się z kotem. Chodzili tak sobie we dwóch, ogromnie szczęśliwi, i tylko jednej rzeczy dziadek nigdy się nie nauczył: robić „kici, kici”. Pojętny Iwan, który bez trudu przyswajał sztuczki w rodzaju przeskakiwania przez przeszkodę na moje polecenie, szybko zaczął więc przychodzić na cmokanie.

    Mój dziadek zmarł niewiele lat później, kot zaś żył jeszcze długo. Z czasem przestał lubić sztuczki, ale na zawsze została mu namiętność do słodkiej herbaty i przychodzenie na pewien szczególny rodzaj cmokania.