RSS Feed

Lipiec, 2013

  1. 26.

    Lipiec 14, 2013 by luca

    Byłam stworzeniem koszmarnie przemądrzałym. O wszystkim musiałam wygłosić opinię, zawsze śmiertelnie poważną, i nie znosiłam, gdy ktoś się ze mnie śmiał. Teraz wyobraźcie sobie czterolatkę, która do każdej rozmowy wtrąca swoje bardzo serio cztery grosze, a zrozumiecie, z jaką mieszanką irytacji i rozbawienia musieli się na co dzień mierzyć moi rodzice. Święci ludzie. Gadałam bez przerwy, buzia mi się nie zamykała, co pozostało mi zresztą do dziś. Na szczęście mój mąż także jest świętym człowiekiem. Moja młodsza siostra mówiła niewiele i zawsze była raczej introwertyczką. Natomiast brat… Cóż, młody szybko nauczył się, co jest najważniejsze w rodzinie wielodzietnej. Jako kilkumiesięczne niemowlę bardzo sprawnie przemieszczał się na czterech w kierunku kuchni, nieustannie i dobitnie powtarzając przy tym: „Daććć jeśćć!”. Miłe te złego początki zapowiadały rewolucję w naszym życiu i lodówce; od dnia, w którym młodszy braciszek nauczył się samodzielnie ją otwierać, nic nie mogło uchronić się przed jego nienasyconym apetytem. Nie pomagało chowanie do szuflad, podpisywanie, nawet nadgryzanie swoich, pozostawionych na później, zapasów – bez szans. Czego nie zjadłyśmy od razu, z tym mogłyśmy się pożegnać na zawsze. To nieprawdopodobne, ile jedzenia potrafi pochłonąć rosnący chłopiec, pozostając przy tym chudym jak szczapa.

    Gdy braciszek miał jakieś dwa lata, jedna z naszych ciotek w przypływie fantazji nauczyła go, jak się przedstawiać pełnym zdaniem. Bardzo był z tego dumny i przedstawiał się chętnie każdemu, w tym przechodniom na ulicy. Mój tata znienawidził ciotkę na wieki.

    Zdanie, którym dwuletni synek radował każdą napotkaną osobę, znajomą czy obcą, brzmiało:
    - Jestem Pepeg-Z-Gumy, nieślubny syn wodza Azteków!


  2. 25.

    Lipiec 11, 2013 by luca

    W moim domu rodzinnym nie było wprawdzie, jak u pana doktora, „dni językowych”, gdy każdy, nim poprosił o cukier, musiał najpierw dowiedzieć się, jak to zrobić w obowiązującym tego dnia języku, była natomiast bogata, staranna, kwiecista polszczyzna. Ani rodzice, ani żaden z częstych gości nie ograniczali języka w rozmowie z dziećmi, wyjąwszy może wulgaryzmy, które niekiedy udawało nam się podsłuchać między dorosłymi, ale przy nas wyrażano się co najwyżej po francusku. „Merde” wydaje się słowem wręcz eleganckim, prawda? Wszelkie szczebiotanie i niunianie do dzieci jest mojej rodzinie obce, toteż od najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam zdania długie, literackie. Będąc najstarszym dzieckiem i nie mając na początku z kim gruchać, szybko opanowałam polszczyznę; rodzinna legenda głosi, że pierwsze zdanie wypowiedziałam w wieku sześciu miesięcy. Niosło ono treść ważką: „O, tata idzie!” Do niedawna skłonna byłam kłaść tę opowieść między bajki, ale wydarzyły się dwie rzeczy, które sprawiły, że uwierzyłam. Pierwszą było spotkanie z dawno nie widzianą znajomą rodziny, która, nieproszona, opowiedziała tę samą historię. Drugą fakt, że oto własna moja córka, skończywszy pół roku, pewnego ranka rzekła do swego ojca, całkiem świadomie i jakby nigdy nic: „Cześć tata!”

    Gadałam więc szybko i dużo, tak dużo, że prawdopodobnie moi rodzice woleliby mieć dłużej nie-mowlę. Z jakiegoś też powodu od początku mówiłam wyraźnie, bez tak charakterystycznego dla małych dzieci, rozkosznego seplenienia. Tylko „r” sprawiało mi trudność, ale niezbyt długo. Zasób słów zaś rozwijałam błyskawicznie, korzystając z rodzicielskiego wokabularza z całą swobodą chłonnego, dziecięcego umysłu. Zupełnie przeciwnie moja młodsza o rok siostra: ona zawsze była myślicielką, zanim więc się odezwała, długo układała sobie w głowie nową umiejętność, przez dobre dwa lata prezentując światu jedynie guganie, które ja skrzętnie tłumaczyłam na język istot rozumnych. I tak gugała, aż pewnego dnia stanęła w drzwiach pokoju i powiedziała:
    - Mama, jak skońcys plasować, to ubiez mi lalę, dobze?
    Moja matka omal nie upuściła żelazka.
    - Coś ty powiedziała?! – spytała szokowana, bo młodsze dziecko do tej pory naprawdę nie mówiło ani słowa.
    - No zebyś jak skońcys, to mi ublała lalę, no! – odparło dziecko i wyszło. Od tego dnia mówiło.

    Pewnego dnia przyszła w odwiedziny prababcia. Prababcia była żoną tego pradziadka, który podarował ziemię pod nasz dom i siał w ogrodzie zboże. Bywała u nas, choć pamiętam to jak przez mgłę; być może bywała rzadko. W tamtym czasie mogła mieć może ze trzy lata, a moja siostra dwa, w każdym razie przynajmniej jedna z nas już mówiła, a obie na co dzień, jak się rzekło, obcowałyśmy z literacką polszczyzną. Prababcia zaś przyszła i rzekła:
    - Chodźcie, dziewczynki, pójdziemy ajciu.
    Nie zrozumiawszy dziwnego komunikatu, poleciałam do mamy.
    - Mama, a co babcia mówi, bo ja nie rozumiem?
    Moja mama właśnie dzień wcześniej dowiedziała się przypadkiem, co to jest „ajciu”:
    - Babcia proponuje wam, żebyście poszły z nią na spacer.
    - To czemu babcie nie powie jak człowiek?
    - Bo myśli, że wy tak mówicie…
    - To głupie! – orzekłam podobno z całym właściwym wiekowi nietaktem i od tego momentu patrzyłam na prababcię podejrzliwie.


  3. 24.

    Lipiec 2, 2013 by luca

    Ogród mojego dzieciństwa to nie jest po prostu miejsce. Za biało-zieloną furtką, przez którą ostatni raz przeszłam wiele, wiele lat temu, czają się rzeczy ważniejsze. Oniryczny pejzażyk za szalonym bogactwem kwiatowych barw kryje dziesiątki, setki zakątków, a w każdym z nich wspomnienie. Twardość i soczystość zerwanego z drzewa jabłka, gdy zatapiam w nim zęby; pierwszy kęs, niepodobny do kolejnych – dziś takie wrażenie daje mi pierwszy łyk zimnego piwa i tylko ten pierwszy naprawdę smakuje. Obserwowane z bliska mrówki, jak pijane biegające po pąkach peonii – dziś wiem, że faktycznie odurzone jej słodkim sokiem, który potem je zabijał. Młode modrzewie w kolorze wiosennej trawy i cud ich zrzucanych co jesień, miękkich igiełek – dziś słowo „modrzew” kojarzy mi się z wielkim, majestatycznym drzewem, a tamte były jak nieletnie panienki w zielonych sukienkach. Szczenięta, które suka sąsiadów bez żenady podrzucała nam, dzieciom, pod opiekę i szła Bóg wie, gdzie – dopiero niedawno przypomniałam sobie, jak jedwabiście miękka jest sierść takiego malutkiego psiaka.

    Gdzieś na tyłach ogrodu, między jabłonkami, nad gęstym trawnikiem snuje się ciężki, pachnący dym. Jeśli wstanę o świcie, zdążę na ostatnie pieczone nocą w ognisku ziemniaki, trafiające do dziecięcych rąk już wystudzone, nie parzące – tylko pyszne. Dwadzieścia lat później nie będę umiała ich jeść bez soli; teraz są jeszcze pełne smaku, najlepsze na świecie. A jeśli jestem odważna, całkiem sama idę w najdalszy kąt, gdzie, za sianym przez pradziadka nietykalnym zbożem, za kurtyną pokrzyw, za pająkami i ślimakami rośnie jeden, jedyny krzaczek truskawek. Co roku patrzę, jak kwitną i nigdy nie trafiam na owoce, niekiedy zaś nie znajduję nawet i liści – pojawiają się i znikają, kiedy chcą, a może to ten zakątek pojawia się i znika zależnie od widzimisię jakiejś ogrodowej wróżki.

    Zimą zjeżdżamy na nartach z małej górki, tworzącej podstawę domu – dziś nawet nie wiem, jak się zakłada narty i zawsze mówię, że nie, nigdy nie jeździłam.