RSS Feed

Czerwiec, 2013

  1. 23.

    Czerwiec 29, 2013 by luca

    Przywiązuję się do miejsc.

    Lubię czuć się u siebie, lubię mieć dokąd wracać. My home is my castle, jest też moim miejscem na naładowanie akumulatorów, prawdziwy odpoczynek, zbudowanie przestrzeni, która najlepiej mnie wspiera. Nie lubię się przeprowadzać, nie lubię, gdy przeprowadzają się znajomi, nawet wracam często do tych samych kilku kawiarni, siadając zwykle w tym samym kącie.

    Od dzieciństwa, od opuszczenia domu z ogrodem, towarzyszy mi marzenie o gnieździe rodowym. Pragnęłabym wielkiego domu, w którym każdy, kto zechce, mógłby znaleźć swoje mieszkanie i gdzie wszyscy zmieściliby się w święta przy jednym, ogromnym stole. Z dużym ogrodem, w którym dzieci mogłyby się bawić w chowanego, a dorośli wyprawiać przyjęcia. Taki dom, powiecie,  można mieć gdziekolwiek, po cóż od razu szukać jakiejś ruiny, w której ileśset lat temu mieszkali ludzie, znani mi tylko z nazwisk na pożółkłym papierze? Ale ja lubię wracać. Prócz tego kocham stare budynki, stare mury, które przesiąkły ludźmi i historiami. Nowe domy wydają mi się zupełnie puste, anonimowe jak poczekalnia. W starych jest życie, ciepło, zapachy i wspomnienia. Wierzę, że budynki pamiętają. Wierzę, że moje śledztwo doprowadzi mnie do prawdziwego, rodzinnego domu, który mnie rozpozna i przywita jak dawno wyczekiwaną przyjaciółkę.

    —————————-

    Na południe od Inowrocławia leży Kruszwica, a na południe od Kruszwicy -  mała wieś: Sukowy. Z akt gruntowych i hipotecznych Suków (r. 1791, t. I fol. 9) wydobył mój prapradziadek informację, że „Sukowy i Rucewo (wraz z Rechtą i pustkowiem Starczewem) nabył Ignacy za 80 000 flor. polsk. od chorążego Józefa Rożnieckiego, w dniu 24 czerwca 1788, że jednak przewłaszczenie – wskutek długiej zwłoki, spowodowanej przez sprzedającego – nastąpiło dopiero 3 lutego 1795r.” Aleksy Piotr Ignacy Rakowski urodził się w roku 1751 i nie miał szczęścia do dziedziców. Pierwsza żona urodziła dwóch chłopców – bliźnięta – z których żaden nie dożył wieku dorosłego, oraz córkę, Annę. Druga – syna, który jednak zmarł bezpotomnie. Gdy Anna miała 18 lat, rodzice sporządzili testament, oddający jej „na wieczne i nieodzowne czasy” połowę Suków. W roku 1811 Anna bierze ślub; w tym samym roku jej owdowiały już ojciec, Ignacy, żeni się powtórnie. Sześć lat później Anna, już także wdowa, ponownie wychodzi za mąż za Feliksa Chmieleckiego, a w kolejnym roku (1818) druga żona Ignacego rozwodzi się z nim (w XVIII wieku!) i rodzi wspomnianego syna, nie wiadomo, czy w tej kolejności. Biorąc pod uwagę, że małżonka miała jakieś trzydzieści lat, a Ignacy był już około siedemdziesiątki, decyzja wydaje się zrozumiała (może myślała, że mąż wyzionie ducha szybciej, a on sobie żył jeszcze siedem lat).

    W Sukowach wychowywał się też Zygmunt Rakowski, który był moim cztery razy pra-dziadkiem. Wcześnie stracił rodziców i zamieszkał u stryja, a właściwie u… tu się, przyznam, gubię w nomenklaturze. Dziadek Zygmunta miał brata i Ignacy, dziedzic na Sukowach, był synem tego brata. Czyli „stryj” to chyba właściwe określenie, choć niezbyt precyzyjne. To właśnie Zygmunt podejmował się zarządzania różnymi cudzymi majątkami, starości dożył zaś u jednego z synów, Wiktora, który poszedł na księdza. Drugi syn, Leopold, nauczyciel, był ojcem osiadłego w Krobi doktora Rajmunda.

    Mamy więc rok 1825, Ignacy umiera, nowym dziedzicem na Sukowach z przyległościami zostaje zaś Chmielecki i jego żona Anna z Rakowskich. Co dalej z Sukowami, nie wiadomo, zwłaszcza, że i Chmieleccy nie mieli synów, same córki.  Znalazłam źródło mówiące, że następnymi właścicielami byli niejaki Josef von Zawadzki i Bona z domu von Karlowska, ale na tej samej stronie czytamy, że Anna Rakowska była żoną Josefa von Chmielickiego, gdy tymczasem wspomniane dokumenty z Suków stwierdzają, że nazywał się Feliks Chmielecki, o von już nie wspominam, bo bynajmniej nie polski to przedrostek.

    Anna i Feliks-Josef wzięli ślub w kościele św. Barbary w Rechcie, który już mój prapradziadek opisuje jako piękny zabytek; na tę samą opinię trafiłam współcześnie w internecie. Internet stwierdza lekko, że:

    „Rechta jest starą osadą sięgającą czasów piastowskich. Legenda mówi, że nazwa pochodzi od rechtania wieprzy, które ryły ziemię pod rozłożystym starym dębem.

    Ludzie, którzy nadbiegli, słysząc głośne rechtanie, znaleźli wygrzebany przez wieprze obraz na desce, przedstawiający Matkę Boską z Dzieciątkiem. Obmyli go w wodzie i powiesili na dębie. Od tego czasu woda w źródle miała cudowne właściwości lecznicze. W XVI w. Rechta wchodziła w skład majątku Sukowy. W 1557 r. pani na Sukowach ufundowała w Rechcie niewielką, drewnianą kaplicę na fundamencie kamiennym, która spłonęła.

    W 1753 r. wzniesiono obecny kościół pod wezwaniem św. Barbary i wyposażono go w ołtarz główny przedstawiający patronkę świątyni, natomiast w ołtarzu bocznym umieszczono płaskorzeźbę Zesłania Ducha Świętego wykonaną przez ucznia Wita Stwosza” [źródło]


  2. 22.

    Czerwiec 29, 2013 by luca

    Buduję w internecie drzewo genealogiczne. Zaczęłam przed kilku godzinami i mam już 178 osób. Robię to, ponieważ imiona  w rodzinie powtarzały się i w pewnym momencie zaczęłam mylić bohaterów. Niestety w drzewie też mi się mylą, bo trudno jest objąć je wzrokiem w całości. Nie mieści się na ekranie komputera; kiedy skończę, wydrukuję je w dużym formacie i będzie łatwiej.

    Prapradziadek też musiał mieć takie chwile podczas swojej, dużo bardziej żmudnej, pracy:

    „Jan Nepomucen, ur. 16 maja 1791 r. w Poznaniu, zaślubił Pelagię Wiewiorowską, z którą miał dwóch synów: Teofila i Tadeusza. Był w roku 1835 zarządcą dóbr Rogów Potulickich, w Miechowskiem, i wylegitymował się ze szlachectwa przed b. Herodyą Kr. Polskiego. Umarł w Jaszkowie, w W. Ks. Poznańskiem, bezpotomnie (1840 r.?)”

    O Sukowach już wiem co nieco, mam zdjęcia pałacu, wiem, od kiedy rodzina tam mieszkała, od kogo Sukowy wraz z przyległościami kupiła, kiedy i za jaką sumę. Wiem też, niestety, w jakim stanie jest obecnie rządzony przez gminę zabytek.


  3. 21.

    Czerwiec 28, 2013 by luca

    Z opowieści mojego dziadka wyłaniał się romantyczny obraz szlacheckiej posiadłości z wielkim domem, w którym urodziły się i wychowały się pokolenia dzieci, starzy ludzie umierali we własnych łóżkach, wydawano przyjęcia i zatrudniano pokojówki. W młodości wyobrażałam sobie, że wracam do miasteczka jako dziedziczka, a na dźwięk mojego nazwiska starsi mieszkańcy uśmiechają się i zdejmują czapki. Tymczasem im bardziej zagłębiam się w historię rodzinną, tym bardziej ten obraz popada w ruinę. Płaty farby odpadają z niego jak ze zrujnowanego budynku, który sprzedano jako elegancki dworek, lecz zapomniano go przedtem pokazać nabywcy. Rodowa posiadłość, według ostatnich informacji, okazuje się domem przy rynku, kupionym przez pana doktora, gdy w celach zarobkowych sprowadził się do Krobi. Ojciec pra-pradziadka Rajmunda, Leopold, był z kolei nauczycielem, a dziadek – zarządcą majątków, niekoniecznie własnych. Rodzina migrowała po całej Polsce, dopiero w Krobi wychowały się dwa pokolenia – dwóch z trzech Budrysów urodziło się już tam, tam też mieszkały dzieci srogiego pradziadka, czyli Stefanek i jego młodsza siostra.

    Dziadek-zarządca, który dla mnie jest pra-pra-pra-pradziadkiem, urodził się w Babicach pod Warszawą, w majątku dzierżawionym od miejscowego proboszcza. Rodzina mieszkała tam krótko, czegoś się bowiem z proboszczem nie dogadywali i skończyło się sprawą sądową. Po trzech bodaj latach dzierżawca, Ignacy, mój 5 x pradziad, wyjechał czy wrócił do rodzinnych Sukowów, gdzie w 1808 roku był łaskaw umrzeć, osierociwszy Zygmunta (późniejszego zarządcę) i Stanisława, braci bliźniaków. O losach Stasia mój pradziadek, pisząc kronikę, niczego się nie zdołał dowiedzieć. Zygmunt wychowywał się w rodzinnym majątku (nareszcie!) w Sukowach pod opieką stryja, też Ignacego.

    Jesteśmy więc na przełomie XVIII i XIX wieku i mamy jeszcze tradycje ziemiańskie. Sukowy (co za nazwa!) leżą gdzieś pod Inowrocławiem. W Wikipedii są o Sukowach dwa zdania. Do następnego wpisu dowiem się o nich wszystkiego.


  4. 20.

    Czerwiec 26, 2013 by luca

    Stefanek, którego krojono z kanapek, urodził się w 1921 roku. Jego ojciec, Zygmunt, groźny filolog klasyczny z portretu – w 1904. O ile dziadek nie miał po wojnie podrobionych papierów – a mógł, wiele się przecież działo, niejeden się potem, przy wyrabianiu dokumentów, odmładzał lub postarzał – o ile więc nie miał, wychodzi, że srogi Zygmunt srogo poszalał jako szesnastolatek. Niestety kronika rodzinna milczy o jego losach, spis pokoleń kończy się na Zygmuncie, Kazimierzu i Wiesławie, trzech synach autora, którym dedykowana jest kronika. Być może pra-pradziadek pisał kronikę, zanim trzech Budrysów podrosło i zaczęło się pakować w kłopoty; nie wiadomo, zeszyt pozbawiony jest daty, najświeższe zaś opisywane wydarzenia dzieją się w roku 1915. Dość zrozumiałe staje się natomiast, że Stefanka wychowywał jego dziadek, być może podając się za wujka, a być może tylko nie dementując ewentualnych pomyłek.

    Doktor Rakowski nie był chyba zresztą bardzo lubianym człowiekiem. Urodzony w Łagiewnikach, do Krobi przybył jako lekarz w 1902 roku i siedem lat później naraził się miejscowej społeczności protestując przeciwko zatrudnieniu drugiego doktora, z wyszukaną ironią odpisując na ogłoszenie w miejscowej gazecie. Społeczność odpisała sążnistą pyskówką, zarzucając lekarzowi między innymi to, że nie poślubił rodowitej Polki (sic!). Jak się sprawa skończyła, nie wiadomo, ale w swoim liście do gazety doktor Rajmund sugerował, że za całą sprawą stoi jedna tylko osoba, żywiąca do niego osobistą niechęć. Dziś już nie dowiemy się, o co chodziło, choć jako ciekawostkę można zestawić zarzuty o antypolskości (ogromne wówczas oskarżenie!) z niemieckim spisem polskich działaczy w latach 1910-1913, w którym figuruje między innymi dr Rajmund Rakowski – lekarz. Mimo „niepolskiej” żony, Bogu ducha winnej Małgorzaty Antoniny Jadwigi Anny z Wegnerów.

    Śledzenie takich drobiazgów jest fascynującym zajęciem, a dzięki cyfrowym bibliotekom mam niewątpliwie o wiele łatwiejsze zadanie, niż miał pra-pradziadek. Kusi, by w kilku z nich wpisać tylko odpowiednie nazwiska, a potem czytać, czytać, czytać…


  5. 19.

    Czerwiec 22, 2013 by luca

    Dom rodzinny, ten z kucharką i różami prapradziadka, stał w Krobi – tej wielkopolskiej, pod Poznaniem, choć znalazłam także Krobię w gminie – uwaga – Lubicz w Toruńskiem. Pamiętam z dzieciństwa jedno zdjęcie: niewielki, zniszczony dom, brzydota taka, że odwróciłam wzrok i nie zapamiętałam szczegółów. Był to bolesny upadek po opowieściach dziadka, z których w mojej wyobraźni wyłaniał się bielony dworek polski wśród ciemnej zieleni topoli, co go bronią od wiatrów jesieni. Wyobrażenie to jest zresztą nadal żywe i po cichu, po cichutku marzę, że gdy wreszcie tam pojadę, znajdę coś, co warto ratować. Choć może opuszczony przed wojną dom, służący potem zapewne wojsku, władzom ludowym, a kto wie, czy nie na przykład stadom krów ( nie wiem, czy krowy nie najlepsze) jest czymś, co powinno pozostać we wspomnieniach, jak zmarły, którego wolimy pamiętać z jego najlepszych czasów. Od dawna jednak kiełkuje we mnie pomysł, by odnaleźć rodzinny majątek, odkryć go na nowo, może kupić część ziemi i zamieszkać – wrócić – tam, gdzie wychowywał się mój dziadek. Jest to po części romantyczne marzenie dziedziczki bez ziemi, a po części pragnienie odnalezienia korzeni, dotknięcia ich, powąchania i posmakowania, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.

    Poszukując informacji o Krobi natknęłam się na stronę Muzeum w Gostyniu i zapiski jednego z dawnych mieszkańców gminy. Niespodziewanie znalazłam tam taki fragment:

    Kolegą szkolnym z jednej z klas był Stefan Rakowski, mieszkający u swego wujka, krobskiego lekarza – pana Rajmunda Rakowskiego. Stefek jako dobrze wychowany uczeń nie wdawał się w żadne bójki na przerwach. Był przesadnie ugrzeczniony i z tego tytułu w swoisty sposób prześladowany. Byli bowiem zazdrośnicy, a w szczególności tacy, którzy do szkoły przynosili skąpe drugie śniadanie, składające się najczęściej z chleba posmarowanego smalcem lub margaryną . Oni to wybierali z jego teczki smakowite bułeczki z masłem i szynką obłożone. Ale nie tylko on był pozbawiony śniadania. Było to wówczas zjawisko dość nagminne, dyktowane głównie pobudkami zemsty.

    Po pierwszym wzruszeniu oraz refleksji, że w tej rodzinie najwyraźniej mamy przechlapane w szkole dłużej, niż sądziłam, przyszła wątpliwość zasadnicza. Wujka? Miał być dziadek! Tak właśnie wygląda praca nad historią rodzinną: co chwilę z szafy wyskakuje jakaś informacja, która kładzie wszystko, co sądziłam, że wiem.


  6. 18.

    Czerwiec 18, 2013 by luca

    - To w tej rodzinie coś się jeszcze czasem ukryje, i to przypadkiem? – zapytał kiedyś mój brat z wielkim zdumieniem. Fakt, lubimy gadać, nie bardzo też mamy przed sobą tajemnice. To chyba przyzwyczajenie z dzieciństwa, gdy zawsze jakoś okazywało się, że mama wie o wszystkim, zanim jeszcze jej o tym powiemy. Być może bardzo nieudolnie ukrywaliśmy nasze dziecięce sekrety, a może zadziałał gen czarownicy, który nie wiem, skąd się wziął (po babci Emmie, polonizowanej Niemce?…), ale jest z niego kawał genu, nie do przeoczenia. W tym kontekście bardzo mnie kiedyś rozbawił znajomy, opowiadając o przebieranej imprezie z okazji Halloween:
    - Wchodzę do sali klubowej, wszędzie siedzą jakieś wiedźmy… Patrzę, a jedna to twoja matka.

    Ponieważ gen czarownicy zazwyczaj przechodzi z babki na wnuczkę, mam niepokojące przypuszczenia co do mojej córki; czuję, że jak się pewnego dnia zgadają z babcią, to żegnaj, racjonalna argumentacjo. Ale wracając do tajemnic, to tak nam zostało, że zwykle ich nie mamy. Z biegiem lat  coraz jednak trudniej nadążyć za wszystkimi, a jest nas trójka rodzeństwa z domu z ogrodem, do tego Najmłodsza, dziecko już Czyżykowe, bo tu się urodziła i tu mieszka całe życie,  jej dwie siostry od strony taty i jeszcze jedna, cośmy ją sobie nieformalnie przygarnęli do rodziny. Razem sześć dziewczyn i rodzynek. W takiej grupie zawsze ktoś a to zmienia pracę, a to się przeprowadza, a to się rozstał albo przeciwnie, wszedł w związek, a to urodził dziecko… Informacje o aktualnych statusach krążą po rodzinie, o dziwo zwykle docierając na czas i bez przeinaczeń. Najtrudniej nadążyć za najmłodszymi.

    - Jak tam w nowej szkole? Spoko? – spytałam kiedyś sześcioletniego wówczas siostrzeńca.
    - Spoko – odpowiedział, no bo co miał powiedzieć.
    - A koledzy fajni? – drążyłam dalej.
    - No, fajni.
    - A dziewczyny?
    - Są dziewczyny. – I po chwili: -Mam jedną dziewczynę.
    - Serio, masz dziewczynę? – trochę się zdziwiłam, człowiek młody, szkoła nowa, szybko mu poszło. Co prawda przystojny z niego młodzieniec, jak dorośnie, będzie łamał serca jak patyki.
    - No. – powiedział młody z dumą. – Mistrz, nie?
    Mistrz, co tu kryć. Nieźle sobie poczyna, pomyślałam i wkroczyłam na grząski grunt:
    - A to twoja pierwsza dziewczyna, czy w przedszkolu też miałeś?
    - W przedszkolu miałem dwie dziewczyny.
    - Ale na raz, czy oddzielnie? – spytałam zszokowana.
    - Na raz!

    Obecnie ma już trzy; zapytany, czy żadnej nie przeszkadza to, że spotyka się z innymi, wyznał, iż dziewczęta się w ogóle nie spotykają, gdyż każda jest z innego portu: jedna z jego szkoły, druga ze szkoły siostry, trzecia zaś z treningów aikido. W razie konfrontacji wróżę sukces tej ostatniej.


  7. 17.

    Czerwiec 14, 2013 by luca

    Nie lubię jabłek.

    Jako mała dziewczynka wspinałam się na jabłonie, powykręcane, stare, przyjazne drzewa, wiosną ciężkie od kwiatów, jesienią tak pełne owoców, że grożące połamaniem gałęzi. Kwiaty jabłoni, ze swą śnieżną lub kremową bielą, subtelnym różem i tym ulotnym zapachem, którego nie czujesz, gdy wąchasz, ale który cię znienacka obezwładnia, gdy po prostu spokojnie oddychasz, są do dziś moimi ulubionymi. W maju ogród tracił ten pachnący strój i pojawiały się owoce – maleńkie, zielone, jeszcze nawet nie okrągłe, ale rosnące z dnia na dzień. Przez całe lato zbieraliśmy spod drzew niedojrzałe jabłka, którym czasem zdarzyło się opaść przedwcześnie, być może nie bez udziału skaczących po gałęziach dwóch małpiatek. Brat był wówczas za mały na wspinaczkę. Kosztowałyśmy z siostrą tych kwaśnych jabłek, wciąż zdumione, że jeszcze nie dojrzały do zjedzenia, nawet pod koniec lata, gdy nabrały już nieco rumieńców. Zniecierpliwiona mama nauczyła nas w końcu rozpoznawać dojrzałość nadgryzionego jabłka po kolorze pestek: białe oznaczały owoc niedojrzały, po którym będzie bolał brzuch. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek mnie rozbolał, a z ciekawości zjadałam wówczas wszystko, co tylko wpadło mi w ręce. Owoce, liście i kwiaty, trawki, nawet małe gałązki.

    Gdy jabłonki odchowały wreszcie swoje owoce – zielono-czerwone albo w prążki w odcieniach czerwieni i różu, z brązowymi jak należy pestkami – zrywałyśmy je prosto z drzew, z tych najwyższych gałęzi, na których, w najbardziej niedostępnych miejscach, rosły najpiękniejsze, największe, najbardziej rumiane jabłka. Gdy nie dało się zerwać, trzęsłyśmy biednymi drzewkami dopóty, aż upragniony owoc spadł na ziemię, a z nim dwadzieścia innych. Czy wiecie, jak smakuje dojrzałe jabłko prosto z drzewa? Jak raj. Lepiej niż raj. Zerwane prosto z drzewa pachnie liśćmi i tą cieniutką gałązką, która stała się jego ogonkiem. Pachnie skórką, słońcem i drzewem. Pachnie prawdziwym jabłkiem. Ugryzione, chrupie i opryskuje ci brodę sokiem. Zawsze zjadasz całe, czasem nawet razem z ogryzkiem i ogonkiem. One także smakują jak raj. Wąż dobrze wiedział, czym kusić biedną Ewę.

    Te owoce, których nie zdołałyśmy zjeść – a w końcu byłyśmy tylko dwie, a nawet łącznie z małym jeszcze bratem i dziećmi różnych wakacyjnych gości nie dalibyśmy jednak rady przejeść jabłek z kilku drzew – chowano w komórce na zimę. Jabłka przechowują się znakomicie, toteż nigdy nam tych owoców nie brakowało. Dużo, dużo później, gdy przestaliśmy odwiedzać dom z ogrodem, był też inny ogród i inne jabłka. Już nie tak pyszne, ale wciąż stanowiące zapas „na zimę”, duszone i wekowane, ukryte w kuchennej szafce-spiżarce i wyciągane w czarnej godzinie jako dodatek do ryżu, cukru i śmietanki.

    Nie lubię jabłek; zwykłam mówić, że zjadłam ich w życiu już za dużo i mam dość. Prawda jest jednak taka, że jabłko, które dziś kupuję na bazarze, nawoskowane, lepkie od oprysków, zbyt duże i podejrzanie miękkie, i zupełnie pozbawione woni – w niczym nie przypomina tamtych rajskich owoców, których zapach wypełniał ogrody mojego dzieciństwa.


  8. 16.

    Czerwiec 9, 2013 by luca

    W mojej rodzinie czytanie jest czymś zupełnie oczywistym i, jako najstarsze dziecko rodziców chodzących non-stop z nosami w książkach, ze zdziwieniem odkryłam, że nie jest takie dla wszystkich. Odkrycia dokonałam w przedszkolu, gdzie zwykłam sobie siedzieć w kąciku nad książką, co okazało się z jakiegoś powodu denerwować inne dzieci. Dzieci poszły więc do pani na skargę: „Proszę panii, a ona nie czyta, tylko udajee!”. Przedszkolanka podeszła do mnie, sprawdziła, po czym usadziła mnie na środku i kazała czytać dzieciom na głos, ostatecznie grzebiąc wszelkie nadzieje na przyjaźń między nami. I tak to leciało przez kolejne lata, bo z kolei w szkole często wywoływano mnie z lekcji tylko po to, żebym czytała na głos innej klasie. Nienawidziłam tego i próbowałam czytać w tym samym tempie, w jakim czyta się w myślach, wobec czego słuchacze nie rozumieli ani słowa. Wściekła byłam ja, wściekła cała klasa i tylko nauczyciele byli zadowoleni, odwalając moim gardłem wszystkie zastępstwa.

    Z oczytania, a także ogólnego obycia z kulturą, bezpośrednio wynika język, jakim się posługujemy. W domu nie kładło się nacisku na polszczyznę literacką, lecz używało się jej swobodnie, w sposób zupełnie odruchowy. Równie swobodnie przeplatało się ją różnego rodzaju cytatami, powiedzeniami i wtrętami z co najmniej czterech języków. Dziecko zaś słuchało i chłonęło. Zanim zorientowałam się, że „faux pas”, „ex aequo” i „yes, sir” nie są takimi samymi wyrażeniami, jak „daj to” czy „zaraz przyjdę”, musiało upłynąć sporo czasu i kilka komunikacyjnych rozczarowań. Wyobrażam sobie, jak zabawnie musiały brzmieć łacińskie i rosyjskie powiedzonka, ze śmiertelną powagą wplatane w rozmowę przez pięciolatkę, tym bardziej, że nigdy nie sepleniłam i brałam siebie bardzo serio, co już samo w sobie z pewnością było komiczne.

    To jednak, co sprawdzało się w rozmowie z domownikami i zaprzyjaźnionymi dorosłymi, nie było stosowne w przedszkolu i podstawówce. W placówkach tych od razu demaskowano mnie jako kujonkę i dziwaczkę, i nikt mi, niestety, nie wyjaśnił, że dzieci zwyczajnie nie rozumieją połowy tego, co do nich mówię. Niewiele by to zresztą zmieniło, jak bowiem miałabym dostosować swój język do poziomu przeciętnej Kasi czy Zosi, gdy nie byłam w stanie określić, które słowa są „łatwe”, a które „trudne”? Dla mnie wszystkie były łatwe, poznałam je bowiem w domu lub z pierwszych lektur. To, że gdy kończyłam „Winnetou”, inne dzieci ledwo sylabizowały „Plastusiowy pamiętnik”, jakoś nie dało mi do myślenia.

    W dorosłym życiu nauczyłam się dostosowywać język do rozmówcy, mimikra ta zaś, która jest między innymi podstawą udanego handlu, szła mi tak dobrze, że znakomicie sprawdzałam się jako sprzedawczyni. W pewnym momencie złapałam się na tym, że już w ogóle nie używam języka z pełną swobodą, nie wykorzystuję całego wokabularza – notorycznie bowiem okazuje się, że rozmówca nie rozumie, co do niego mówię. Oczywiście zdarza się też, i to wcale często, że ja sama nie znam znaczenia jakiegoś słowa. Najczęściej wtedy milczę, by po rozmowie czym prędzej dowiedzieć się, co ono oznacza, za każdym bowiem razem czuję się jak idiotka. Przyswoiłam sobie zasadę, że używanie „mądrych słów” jest równoznaczne z wymądrzaniem się, a znajomość słownika nie świadczy jeszcze ani o inteligencji, ani, tym bardziej, o sercu. Ogromną jednak czuję ulgę, gdy mogę rozmawiać swobodnie, bez ważenia każdego obcego wyrazu i zastanawiania się, czy rozmówca na pewno odróżnia afekt od awersji. Najswobodniej – oczywiście – z Czyżykową rodziną.


  9. 15.

    Czerwiec 8, 2013 by luca

    Dziś, naturalnie, nie ma znaczenia, czy ktoś herbowny, czy nie. Szlachectwo poważnie straciło na znaczeniu już po pierwszej wojnie, którą prapradziadek nazywał „wojną europejską”, bo ta druga europejska wojna jeszcze nie nadeszła, jeszcze nie zagroziła rodzinnemu majątkowi w Krobi i ukochanym różom pana doktora. Sentyment do niedawnej świetności jednak pozostał i do dziś w biblioteczce mojej mamy stoi mała kolekcja odziedziczonych herbarzy. Nieładnie jest jednak chwalić się długością korzenia, nawet, gdy idzie o korzenie rodzinne. Byłoby to zresztą chwalenie się mocno na wyrost, linia kończy się bowiem na mojej mamie, która dwieście lat temu mogłaby dumnie pieczętować się herbem, oczywiście do momentu zamążpójścia, bo, jak wiadomo, poszła za nieszlachcica.

    Pomimo jednak, że zaglądanie ludziom w drzewo genealogiczne stanowi dziś poważne faux pas, po tylu latach od przymusowego wprowadzenia równości – która pewnie i tak wprowadziłaby się sama, i bardzo dobrze – wciąż zdarzają się takie żenujące sytuacje, gdy rozmówca ewidentnie wydaje się być cienką gałązką jeszcze cieńszej sadzonki. Montgomery w „Emilce” określała to niezbyt ładnie (i wkładała w usta niesympatycznej ciotki): „Wyrośli spod ziemi wczoraj czy przedwczoraj”. Posiadając pewną rodzinną tradycję w myśleniu i oczytaniu, odruchowo oczekuje się tego samego od rozmówcy, który jednakże nie zawsze miał w rodzinie samych lekarzy i prawników. Pradziad rozmówcy mógł być na przykład stolarzem, też potrzebny zawód, i nie wymaga dobrze skompletowanej biblioteki. A jego ojciec – przechodzącym przez wieś żołnierzem. Wszystko to jest bardzo miłe i romantyczne, i nikogo nie deprecjonuję, zmierzam jednak do tego, iż w zwykłej rozmowie można niekiedy wyczuć brak pewnych wspólnych tradycji i nie trzeba odwiedzać nikogo w domu, by wiedzieć, czy pachnie w nim lekko pożółkłymi książkami, czy tylko świeżą farbą drukarską z „Faktu”. Toteż napotkanie bratniej duszy, z równym, choć dobrze skrywanym sentymentem mówiącej: „Podobno przed wojną, w naszym rodzinnym majątku…”, bywa prawdziwym balsamem i początkiem przemiłej konwersacji, i już wcale niekoniecznie o tychże majątkach.

    Osobiście, spotkawszy taką osobę, z większą swobodą używam zawartości słownika wyrazów obcych i przestaję się bać łacińskich wtrętów, które inni mogliby wziąć za popisówę. Innymi słowy, opuszczam gardę, zdejmuję maskę idiotki i na chwilę staję się werbalnie sobą, taką, jak mnie wychowano. A w domu cytaty obcojęzyczne słały się gęsto, polskie zresztą też; znaczenie większości pojmowałam intuicyjnie, na podstawie kontekstu, i źródła niektórych z nich nie znam do dziś.

    Ale o tym może jutro.


  10. 14.

    Czerwiec 8, 2013 by luca

    Herb Lubicz (za Wikipedią)

    „Sięgając początków rodziny Rakowskich herbu Lubicz, od herbu tego zacząć należy. W Polsce bowiem, jak wiadomo, pierwotnie miano bardzo wielu rodzin zarazem było i mianem ich herbu, a dopiero w wiekach XV i XVI zaczęły rodziny od rozmaitych posiadłości różne przybierać nazwiska. Tym sposobem te rodziny, które pieczętują się herbem Lubicz – zwanym pierwotnie „L u b a” – prawie wszystkie* pierwotnie nosiły nazwę L u b a, która i Rakowskich, używających tego herbu, pierwotnem jest mianem rodowem.

    Herb** L u b i c z czyli – jak go dawniej zwano – L u b a, L u b y, L u b y c z e  i  P o d k o w a opisują heraldycy nasi jak następuje: W polu błękitnem podkowa jak w Dąbrowie lub Pobogu ułożona, z dwoma białymi krzyżami, na wierzchu i w środku podkowy; na hełmie trzy pióra strusie.***

    Początek tego herbu sięga, jak podanie**** niesie, XII wieku, mianowicie roku 1190, w którym  K a z i m i e r z  I I  S p r a w i e d l i w y miał go nadać pewnemu rycerzowi, w nagrodę za niepospolite męstwo, okazane w boju z P r u s a k a m i. Zdarzenie to opisują nasi heraldycy, powołując się na kronikarza B a s z k a, jak następuje (z łacińskiego): „Zaprowadziwszy w państwie swem porządek, podjął Kazimierz wyprawę wojenną przeciwko Prusakom poleskim, aby pomścić śmierć brata swego Henryka. Towarzyszyli mu w tej wyprawie bratankowie jego: Bolesław, syn Mieszka, Bolesław Wysoki i Mieszko, synowie Władysława, oraz inni. Gdy podczas walki wojsko polskie nieprzyjaciel zwabił w zasadzkę, uderzył nań z swym hufcem rycerz pewien, z rodu, noszącego w herbie podkowę z krzyżem*****, a zmusiwszy wkrótce całe wojsko nieprzyjacielskie do ucieczki, wziął do niewoli samego wodza i zaprowadził go przed Kazimierza. Ten w nagrodę za cnoty rycerskie obdarzył go wielu włościami i dodał mu do herbu, nad podkową, drugi krzyż, złoty.” A ponieważ działo się to (według O k o l s k i e g o i innych) nad rzeką Drwęcą, którą dawniej „Lubicz” zwano, powstała i stąd nazwa herbu: L u b i c z.

    —-
    *) Wyjątek stanowią tu rodziny nobilitowane lub do herbu przypuszczone.
    **) Herb rodowy był w Polsce, jak wiadomo, jedynym a zarazem największym klejnotem dla szlachcica; zapewniał mu on równość w gronie rycerskiem, a zarazem uprzystępniał udział w obradach nad sprawami publicznemi, w otoczeniu króla i dygnitarzy państwa.
    ***) Nie wszyscy atoli herbowni jednakowo herbu tego używają. Jedni tylko jeden krzyż w środku podkowy kładą, drudzy obydwa krzyże w środku podkowy, inni znowu jeden krzyż, a nad podkową i przy końcach podkowy po jednej gwieździe, w środku zaś (pod podkową) strzałę żeleźcem do góry trochę ukosem idącą, inni jeszcze noszą w herbie na podkowie pióra ptaka albo w prawej i lewej stronie podkowy po jednym rogu myśliwskim, wreszcie inni na hełmie kładą krzyż, a na lewo od tegoż skrzydło. R a k o w s c y używają herbu w takim kształcie, jak go opisuje Paprocki a za nim – inni. M y l n i e tedy utrzymują L i e b m a c h e r, L e d e b u r i R i e t s t a p, jakoby Rakowscy h. Lubicz jeden tylko kładli krzyż, w środku podkowy (por. L i e b m a c h e r, Wappenbuch, t. III str. 315 – L e d e b u r, Adelslexicon d. preuss. Monarchie; – R i e t s t a p, Armorial général, t. II str. 106).
    ****) Co o tem podaniu sądzić, zobaczymy poniżej, gdy przytoczymy przywilej, nadany Lubom, 1420 r. Bądź co bądź nie mogliśmy owej legendy w monografii zupełnie pominąć.
    *****) Według heraldyków, był owym rycerzem jakiś Jastrzębczyk czy Pobożanin.”
     Jakież lekceważenie bije z tego jednego słówka „jakiś”! Było jeszcze dziesięć przypisów, ale te już Czytelnikowi daruję, zwłaszcza, że mniej barwne [Luca].