RSS Feed

Maj, 2013

  1. 12.

    Maj 31, 2013 by luca

    Miałam sześć lat, gdy moja mama spakowala niezbędne rzeczy i z trójką uczepionych spódnicy dzieci wróciła pod opiekuńcze skrzydła dziadka Stefana. Wyobrażam sobie jego minę, gdy znienacka stanęła pod drzwiami, bez uprzedzenia, bo telefonu nie mieliśmy. Ta historia pięknie by wyglądała dwieście lat wcześniej: szlachcianka-inteligentka, ukochana jedynaczka, jej mezalians z synem ukraińskiego zbiega o niewiadomym pochodzeniu, a po kilku latach skruszony powrót do tatusia, który jak zwykle miał rację. Był jednak dwudziesty wiek, odarty z romantyzmu, a na szczęście także większości uprzedzeń. Zamieszkaliśmy więc u dziadka w salonie, który od tego dnia stał się królestwem chaosu.

    Mieszkanie zostało przed wojną zaprojektowane dla małżeństwa z dochodzącą służącą: na lewo dwie sypialnie połączone drzwiami, które pani mogłaby w razie potrzeby zamknąć na klucz, i łazienka dla państwa; pośrodku hol z podwójnymi drzwiami do salonu; na prawo kuchnia, a z niej korytarzyk do pokoiku dwa na dwa, ubikacji i bocznego wejścia do tego samego salonu. Salon miał dwadzieścia parę metrów, był więc tylko niewiele mniejszy od kawalerki, w której zamieszkałam  dwie dekady później. W jednym rogu stał narożnik, a w drugim wersalka; dwoje dzieci spało na wersalce, głowami w przeciwne strony, trzecie zaś z mamą na narożniku. Spanie z mamą było szczęściem i zaszczytem, którego dostępowaliśmy na zmianę, pomimo groźby oberwania w głowę obrazem z rybakami, stanowiącym równie imponującą co wątpliwą ozdobę pokoju. Obraz zresztą faktycznie kiedyś spadł, oczywiście w środku nocy, i od tego czasu przestał stanowić konkurencję dla wiszącego nad wersalką ponurego pradziadka. Uroda obydwu dzieł była z tych wyrafinowanych, trudnych do przeniknięcia dla niewytrenowanego umysłu, toteż,  gdy zdarzyło mi się obudzić w środku nocy, pilnie uważałam, by nie rozglądać się po ścianach.


  2. 11.

    Maj 29, 2013 by luca

    Moi rodzice poznali się w liceum. Klasyczna historia: ona w klasie humanistycznej, on w matematycznej, siedemnaście lat, do tego zabawny przypadek – i gotowe. Przypadek wyglądał tak, że moja mama zgodziła się pójść z chłopakiem do kina w miejsce koleżanki. Cztery lata później, niecierpliwie doczekawszy dwudziestych pierwszych urodzin mojego taty, założyli podstawową komórkę społeczną; nim minęły kolejne trzy, urodziłam się ja, a następnie siostra i brat.

    Już z dwójką dzieci rodzicom było ciasnawo w mieszkaniu pana prokuratora i trzeba było coś przedsięwziąć. Tu wkroczył dziadek mojego taty, hojnym gestem obdarowując młodych kawałkiem ziemi. Tak więc pewnego lata moi rodzice zwinęli manatki i przenieśli się z córkami, półtora- i dwuipółroczną,  pod Warszawę. Zamieszkaliśmy tam w budowli zwanej – bez szacunku dla złudzeń – budą. Buda była z płyt kartonowych, podzielona na dwie izby, do spania i do gotowania. Co do wygódki nie mam pewności, byłam bowiem podówczas na etapie nocnikowym. Buda z pewnością w różnych historycznych okolicznościach mogłaby śmiało służyć licznej rodzinie, co najmniej jednej, i może nawet dawniej służyła. Dla nas była na szczęście jedynie tymczasowym mieszkaniem, ponieważ rodzice spieniężyli książeczkę mieszkaniową i w ciągu jednego lata zbudowali dom. Jak przez mgłę pamiętam facetów (tych od czereśni) kopiących fundamenty i wbijających w nie drewniane pale. Chodziłam za nimi krok w krok ze śmiesznym, gumowym młotkiem, którym pieczołowicie dobijałam każdy pal. Młotek robił „pi!”.

    Pewnego wieczoru, z pewnością dzięki mojej cennej pomocy, dom był gotów. Miał wszystko, co powinien mieć dobry dom: dwa pokoje na piętrze – jeden nasz, dzieci – i łazienkę, zielony salon, sypialnię rodziców, kuchnię, jadalnię, wielki przedpokój i wielki taras, no i oczywiście ogromny ogród. W jadalni stał duży stół i sięgający sufitu regał  z książkami. Dla dwulatki wszystko było wysokie, szerokie, przestronne. Jest takie nadal, gdy śnię o domu i w skrytości ducha cieszę się, że nigdy nie skonfrontuję tych dziecięcych wspomnień z rzeczywistością. Nagła wizyta w niewielkim i ciasnym domku zawalonym gratami, możliwość ogarnięcia ogrodu mojego dzieciństwa jednym spojrzeniem – nie, dziękuję.

    Ogród częściowo urządziła moja mama i pamiętam, że tonął w kwiatach. Były tam tulipany, żonkile, narcyzy, róże pnące, dzikie i krzewiaste, forsycje, peonie i wiele innych, których nazw nie znałam. Prócz kwiatów były owoce: jabłka, gruszki, śliwki, czereśnie, orzechy, morele, porzeczki, agrest. Mama urządziła także ogródek warzywny tak, jak mogła to zrobić tylko panna z miasta. Wytyczyła mianowicie dwie bardzo długie grządki zamiast kilku krótkich; ogromnie ją potem irytowało ciągłe wzdłuż nich bieganie. Wszystkie te cuda mieściły się w połowie ogrodu; druga połowa była niezagospodarowana. Gospodarny pradziadek nie mógł znieść, że ziemia leży tak bez pożytku, siał więc na niej żyto. Co roku rosło bujne i wysokie, i surowo zabraniano nam zabawy w nim, żebyśmy nie deptali kłosów. Co roku jednak nikt go nie ścinał w porę, z czasem więc zboże kładło się i jesienią mój ojciec wreszcie z litości kosił resztki, pozostawiając kłujące rżysko, następnego roku zaś cała historia się powtarzała.

    W tym domu i tym ogrodzie mieszkałam niecałe cztery lata. Exodus pod opiekuńcze skrzydła dziadka miał miejsce zanim poszłam do szkoły. Wciąż jednak, gdy myślę o dzieciństwie, mam przed oczami przede wszystkim tamten wczesny okres, korę jabłoni, trawnik usiany koniczyną, mrówki na pąkach piwonii. Dobrze jest wychowywać się w ogrodzie, wśród zapachów i kolorów, których trzeba doświadczyć z bliska, dotknąć dziecięcą rączką. I kiedy myślę o moich dzieciach, towarzyszy mi pragnienie, aby one też miały tę możliwość. Mieć własny ogród dzieciństwa, prywatną paletę barw, którą na zawsze zachowają we wspomnieniach.


  3. 10.

    Maj 27, 2013 by luca

    Umysł ludzki ma zadziwiającą umiejętność spychania w głąb złych wspomnień, zasypywania ich grubą warstwą niepamięci i nie wykopywania nigdy. Podświetla natomiast te miłe, stawia je na komodzie w ładnej ramce i często odkurza. Toteż  moje dzieciństwo jest jak film „Tajemniczy ogród” Agnieszki Holland: nostalgiczne kadry, ciepłe zdjęcia, niezwykłe kolory. Ogród mojego dzieciństwa jest zawsze słoneczny, pełen brzęczenia pszczół, kwitnących kwiatów, jabłoni uginających się pod ciężarem owoców. Wieczorami palą się pachnące ogniska lub kładę się obok mamy na rozwieszonym między jabłonkami hamaku i, przysypiając, patrzę, jak tata maluje nasz dom na biało. Jako malutką dziewczynkę sadzają mnie na czereśni, bardzo wysoko jak na mój niewielki wzrost, a ja jestem zachwycona, wieszam sobie czereśniowe kolczyki i z godnością rozdającej dary królowej podaję owoce stojącym na dole mężczyznom. Siedzę w zielonym pokoju i rozmawiam z naszą suką Lindą, święcie przekonana, że tylko ja naprawdę ją rozumiem. Mam cztery lata i w tym samym pokoju uczę się czytać i pisać: mam dużą kartkę ze starej komputerowej drukarki, dziurkowaną z obu stron, i pomarańczową kredkę, którą rysuję duże, niewprawne litery; następne wspomnienie to już samodzielne czytanie.

    Jem śniadanie z całą rodziną przy ogromnym kuchennym stole, na którym mama stawia dwie miski twarożku: na słono i na słodko, a tata zawsze niechcący kradnie sztućce do nakładania, nieświadomie odkładając wszystkie przy swoim talerzu; śmiejemy się z wianuszka widelców, które sobie zgromadził. Wspinam się na palce do kolejnych półek z książkami i czytam je po kilka razy, całego Doktora Dolittle i Mary Poppins, baśnie braci Grimm, encyklopedię i w ogóle wszystko, czego dosięgnę. Buduję z drewnianych klocków konstrukcje przeczące prawu grawitacji, ale jeszcze go nie znam, więc wszystko się udaje. W ogrodzie zrywam młode pokrzywy i ukradkiem robię z nich sałatkę, całkiem jadalną. Chodzimy na spacery do lasu, uczę się nazw drzew, ptaków i kwiatów, ćwiczę równowagę na patykach przerzuconych przez strugę (dwadzieścia lat później będę bez trudu przebiegała po wąziutkiej kładce w szpilkach i długiej spódnicy). Oglądam pantofelka pod mikroskopem, kalkuję na kartkach korę drzew, gadam do motyli. Wymyślam imiona dla mającego się urodzić brata, potem patrzę, jaki jest mały, jak je, jak raczkuje. Zasypiam beztrosko w dowolnym miejscu i budzę się zawsze w swoim łóżku, całkowicie bezpieczna.

    W ogrodzie mojego dzieciństwa nie ma kłótni, krzyków, awantur. Nie ma ani jednej rzeczy, która zwiastowała późniejszą pośpieszną przeprowadzkę do dziadka już tylko z mamą i rodzeństwem. Jest tylko sama przeprowadzka, a potem wakacje z tatą, mój pierwszy wyjazd w Bieszczady, ukochane już na zawsze. Sześcioletnia ja nie straciła domu, tylko zyskała drugi, a zaraz potem trzeci, bo w Ustrzykach Górnych czuję się zawsze, jakbym wracała do siebie. Trzy domy, cóż za fantastyczna hojność losu!


  4. 9.

    Maj 26, 2013 by luca

    Obżerający się czereśniami i kanapkami Stefanek wyszedł na ludzi i jakoś zdał maturę, choć był rocznik kolumbowy i matura mu wypadła akurat w dzień wybuchu wojny, po czym ukończył studia prawnicze i został prokuratorem. Dość niefortunny zawód jak na powojenną Polskę i zdaje się, że moja mama nie miała łatwo na podwórku. O swojej pracy w prokuraturze generalnej dziadek nigdy mi nie opowiadał, co w sumie nie dziwi, zważywszy, że byłam gówniara, natomiast po siedemdziesiątce nadal bez zająknięcia recytował „Galia est omnis divisa”. To także doskonale rozumiem – łacina robi z mózgiem dziwne rzeczy i ja również, po tresurze w liceum, w środku nocy wyrecytuję dowolną deklinację.

    Z dzieciństwa pamiętam ciągłe procesje obcych ludzi, którzy znikali w pokoju dziadka z tajemniczymi paczkami w rękach i wychodzili bez nich, jeszcze w progu kłaniając się i dziękując. Byli to ludzie, którzy po wielu, wielu latach wciąż wizytą i flaszeczką okazywali wdzięczność. Dopiero po dłuższym czasie poskładałam to sobie w jakąś, wciąż mocno dziurawą, całość i czasem zastanawiam się, ile osób mój dziadek uratował od bankructwa w ustroju słusznie minionym. Pewne pojęcie mogło dawać pomyszkowanie po dziadkowych szafkach, czy raczej szybki rzut oka, gdy czasem prosił, by coś mu podać. Jeden barek w brązowej meblościance na wysoki połysk w całości wypełniony był dobrym alkoholem. Drugi – słodyczami dla nas, dzieci, w większości kupionymi osobiście przez dziadka. Niżej była szafka pełna deficytowych wówczas kosmetyków. Stały tam sobie i pomału się kurzyły, gdy tymczasem dziadek używał wyłącznie kremu do golenia „Wars” i wody „Przemysławka”, alkoholu zaś w ogóle nie pił. Barek opustoszał stopniowo dopiero po jego śmierci; podkradłam wówczas nieco czerwonego Johnny’ego Walkera ze stojącej na wierzchu butelki i na zawsze znielubiłam wszystko żółte, z wyjątkiem białego wina.

    Zawodowa uczciwość nie była jednak na pokaz i jedynaczka pana prokuratora miała wśród rówieśników przechlapane. „A twój tata wsadza ludzi do więzienia!” – wołano i obrażano się. Do tego dochodziły zakłócenia komunikacyjne, bo w domu mówiono językiem literackim i wychowywano dziecko na panienkę kulturalną oraz wykształconą. Efekt był taki, że gdy koleżanka na podwórku mówiła, że czegoś nie zrobi, bo „rodzice jej nie kazali”, moja mama szczerze się dziwiła: nie kazali, to zrozumiałe, ale przecież nie bronili?…

    Wychowanie dziecka pod kloszem i jednocześnie w ostrym rygorze nie wyszło dziadkom na dobre. Starannie kształtowany charakter jedynej córeczki najwyraźniej się wypaczył i nie poszła na prawo, na medycynę ani nawet na filologię. Co prawda na tę ostatnią próbowała, ale tu pan prokurator popełnił błąd strategiczny i próbował córeczkę zaprotegować; niestety u niewłaściwej osoby, skutkiem czego córeczka oficjalnie oblała egzamin z doskonale znanego i kochanego francuskiego. Niedługo później wyszła za mojego ojca, popełniając coś w rodzaju mezaliansu (uważam, że mezalianse są niezwykle romantyczne!). Wynikła z tego trójka dzieci, a długi czas potem – mieszkanie na Czyżyka, z wanną, w której najlepiej na świecie się czytało i pisało.

    Ale o walkach o łazienkę – innym razem.


  5. 8.

    Maj 24, 2013 by luca

    - Nie wiem, o czyim dzieciństwie ty piszesz, ale na pewno nie o moim – powiedziała moja siostra, uświadamiając mi, jak subiektywne są nasze wspomnienia. Wychowałyśmy się razem, dzieli nas niecałe trzynaście miesięcy, chodziłyśmy do jednej podstawówki, zazwyczaj razem jeździłyśmy na wakacje, miałyśmy wspólnych przyjaciół, a często i wspólne fascynacje. Tymczasem siostry i moje wspomnienia z dzieciństwa układają się w dwie zupełnie różne historie. Ona ma dziury w głowie tam, gdzie ja masę kolorowych obrazów, ja luki tam, gdzie ona mogłaby wyświetlić z pamięci cały film. Chciałabym, żeby ona też napisała choć kawałek rodzinnej historii i pokazała mi swoją wersję.

    Rodzoną siostrę mam tylko jedną i, choć w dzieciństwie chwilami szczerze się nie znosiłyśmy, dziś nie wiem, co bym bez niej zrobiła. Wspólne wychowanie daje wspólnotę doświadczeń, której nie da się potem nadrobić w żadnej innej znajomości, ponieważ żadna inna nie trwa tak długo. Nieodłączną jej częścią jest wspólny bagaż literatury i szczególnych z nią skojarzeń – takich, które powstają spontanicznie w domowych okolicznościach. Są więc rzeczy, które mówię czasem – jakaś fraza, słówko, krótkie hasło – i tylko siostra w pół sekundy zrozumie, co mam na myśli. Za każdym razem daje mi to nieocenione uczucie bycia zrozumianą w pół słowa, pomimo, że charakterem, a często i poglądami, pięknie się różnimy.

    Z kolei brat jest ode mnie młodszy o ponad trzy lata. W dzieciństwie była to znacząca różnica – notabene dzieciństwo miał chyba straszne, ponieważ nie jest łatwo być zdanym na łaskę i – przeważnie – niełaskę dwóch sióstr. Siadanie na małym braciszku we dwójkę i zgodne łaskotanie go, aż kompletnie opadł z sił, to zapewne najłagodniejsza z tortur, jakie mu fundowałyśmy. Poważnie, nie chciałabym być swoim młodszym bratem, gdy mieliśmy po kilka lat. Im bardziej zresztą sięgam pamięcią wstecz, tym bardziej nie chciałabym być kimkolwiek w moim otoczeniu, gdy miałam kilka i kilkanaście lat! Brata ewidentnie chciałam zamęczyć, dziadka robiliśmy wszyscy we trójkę w konia tak często, jak tylko się dało i urządzaliśmy strajki z transparentami o treści: „MY CHCEMY LODY”. Przy tym od czwartego roku życia notorycznie siedziałam z nosem w książce, a gdy ktoś mnie zaczepiał, podejmowałam zwykłą konwersację, z sensem odpowiadając na wszystkie pytania i ani na moment nie tracąc czytanego wątku (gdybym tylko dziś tak umiała!). Skutek, naturalnie, był taki, że nie pamiętałam w ogóle żadnej rozmowy, a wszelkie moje zapewnienia, że tak, na pewno zaraz to czy tamto zrobię, należało traktować z dużym dystansem. Niestety po paru latach wszyscy się zorientowali w tym numerze i wymagano ode mnie zamknięcia książki na czas rozmowy.

    W „Małej Księżniczce” Frances Hodgson Burnett jest taka scena, gdy czytającą Sarę nagle odrywa od lektury krzyk dziewczynki, nad którą roztoczyła opiekę. Sara, jak przystało na księżniczkę, opanowuje odruch palnięcia przez łeb (nie, Burnett nie używa takich słów) osoby, która przerwała jej czytanie. Och, jak ja ją rozumiem, jak ogromnie wczuwałam się zawsze w ten fragment powieści! Pół mojego życia to irytacja spowodowana nagłym przerwaniem mi lektury, brutalnym wtargnięciem w świat, w którym właśnie przebywałam duszą, sercem i – przysięgam – ciałem, obojętne, czy czytałam Homera, Sapkowskiego, czy felieton w kobiecym serwisie internetowym. Druga połowa to wstrząs wywołany nagłym, przymusowym powrotem ze świata tego, co właśnie piszę. Gdy byłam nieco młodsza i pisałam dużo wierszy, wychowałam sobie kolejnych chłopaków, by na rzucone przez zęby: „piszę!” cichutko zamykali drzwi z drugiej strony. Niestety metoda ta działa sprawnie tylko do pewnego momentu. Konkretnie dopóki ma się czas, by siedzieć i w spokoju pisać, dopóki nie gna nas praca, dzieci, spożywczy, który zaraz zamkną, kipiący obiad i inne nie cierpiące zwłoki sprawy. Być może to wyjaśnia, dlaczego nieco przed trzydziestką zaczęłam się czuć permanentnie podirytowana. Żeby człowiek nie mógł w spokoju poczytać albo, co gorsza, popisać? To powinno być zapisane w konstytucji!


  6. 7.

    Maj 23, 2013 by luca

    Zawsze, gdy czytam coś tak staroświeckiego, surowego i moralizatorskiego, zastanawiam się nad życiem prywatnym autora. Liczne przykłady w literaturze uczą, że kto pisze najbardziej spięte kazania, ten zwykle ma drugie życie gdzieś w szufladzie, że przypomnę tylko Kochanowskiego. Fakt, że w tym przypadku autor jest moim antenatem, wcale nie ułatwia zadania. Wiem o pra-pradziadku Rajmundzie w zasadzie tylko, że był lekarzem i lubił roślinki. Sądzić można, że był trochę egalitarystą, trochę sentymentalny i na pewno pracowity. Zebrać tę całą wiedzę, prześledzić drzewo genealogiczne wstecz aż do XI wieku, głównie na podstawie ksiąg parafialnych, mocno przerzedzonych po „wojnie europejskiej” – podziwiam.

    Ale co poza tym? Czy miał chwile szaleństwa? Czy poza trzema oficjalnymi dziedzicami nie miał czwartego gdzieś na boku? Czy uganiał się za pokojówką? Albo całe życie w skrytości ducha marzył o tym, by wyjechać do Afryki i już nigdy nie wrócić? Nie wiem, nic nie wiem, a przecież w moich żyłach płynie ta sama krew i nie sądzę, bym niezdrową fantazję miała wyłącznie po dziadku – Ukraińcu. Ale może pra-pradziadek wyparłby się mnie w ogóle, gdyż słabo kontynuuję rodzinną tradycję. Lekarz, filolog klasyczny, prawnik – a ja co? Rzuciłam studia i popełniam mezalians z Internetem. Wątpliwe też, bym była w stanie napisać cokolwiek umoralniającego.

    Strona z Kroniki Rodzinnej pra-pradziadka Rajmunda. Na różówym karteluszku z epoki - uwaga dla drukarni.

    Strona z Kroniki Rodzinnej pra-pradziadka Rajmunda. Na różowym karteluszku z epoki – uwaga dla drukarni.

    Wnuk Rajmunda, czyli mój dziadek Stefan, był i jest moim idolem. Znaliśmy się tylko dwanaście lat, czego ogromnie żałuję, zwłaszcza, że jako dziecko nie słuchałam uważnie. Przypuszczalnie pamiętam tylko niewielką część opowieści dziadka, zaś te, które traktowały o stryjkach, pradziadach i prababkach, wypuszczałam od razu drugim uchem, wydawały mi się bowiem historiami o ludziach zupełnie obcych. Bez dokładnego przestudiowania kroniki (chwała Rajmundowi – cóż za imię, swoją drogą! – że ją napisał) nie jestem w stanie umiejscowić na mapie rodziny tych kilku osób, o których istnieniu mi wiadomo.


  7. 6.

    Maj 23, 2013 by luca

    Z kroniki pradziadka*:

     

    „Jak z ziarna rodzi sie druga
    roślina, tak z obyczaju, tradycyi,
    pamiątek, ducha które ulatują –
    powinna rodzić się przyszłość.”

    J. I. Kraszewski

     

    Dzieje narodu naszego ściśle sie łączą z dziejami poszczególnych rodzin i rozdzielać niepodobna jednych i drugich.To też monografia każdej rodziny – chociażby i mniej wybitnej –, zawierająca nietylko odnośne szczegóły heraldyczno-genealogiczne, ale rzucająca i światło na życie prywatne, czy publiczne poszczególnych jej członków, stanowić może cenny materyał dla badacza naszej przeszłości.

    Niemniej dla każdego członka rodziny dobra jest i pożyteczna znajomość losów, jakie familia jego przechodziła; stopni pokrewieństwa w niej, szczególnie gdy rodzina ta – jak nasza – rozgałęziona i licznem obdarzona potomstwem; stosunków i koligacyi, w jakich zostawała i zostaje z innemi rodzinami – słowem: historyi rodziny.

    Poza temniejeden piękny czyn, niejedna zasługa naszych ojców dodatnio wpłynąć mogą na młodsze pokolenia, a nawet poniekąd zachęcić je winny, by sztandar zasług przodków podtrzymywały wysoko swojemi, nie na tem, to na innem polu. Zasługi bowiem przodków naszych – to nie imienia tylko i chwały po nichale przedewszystkiem służby i obowiązków wielka spuścizna, zwłaszcza w obecnych czasach. Dawniejsze pojęcia nasze co do zasług i zacności danego rodu – zmieniły się zupełnie. Nie pytamy już w dzisiejszych warunkach, z jakich kto pochodzi antenatów, lecz w człowieku szukamy najpierw człowieka, a im więcej widzimy w nim prawdziwej nauki i oświaty, a mianowicie poświęcenia się dla ogółu, tem bardziej go szanujemy.

    Znajomość stosunków rodzinnych i dlatego wreszcie jest ważna, że świadomość wspólnego pochodzenia i mnogich styczności ścieśnia rodzinny krwi węzeł i zachęca do pewnej jedności i wzajemnej pomocy; ta zaś często zapewnia byt i los rodzin, wstrzymując je od upadku tak materyalnego jak nieraz i moralnego. Wielką wagę pod tym względem przywiązywali do znajomości stosunków rodzinnych nasi praojcowie bo – jak wspomina Adam Moszczeński w swoim Pamiętniku do historyi polskiej – „rodzice dzieci uczyli równo z katechizmem wszystkich stopni pokrewieństwa i powinowactwa i wpajali w nie miłość ku krewnym i powinowatym, przytaczając im przykład dawnego Scyty, któren mówiąc o miłości wzajemnej familii, na przykład wziął pęk strzał i każda z osobna złamał, a wszystkie razem dowiódł, że nie mogą być przełamane.” – Myśl tę społecznorodzinną zrozumiały doskonale w nowszych czasach niektóre rodziny polskie, które utworzyły t.zw. związki rodzinne, t.j. zjednoczenia familijne, zawiązane na podstawie prawnej. Do tej pory związki swoje mają u nas n.p. rodziny Chłapowskich, Dziembowskich, Hulewiczów, Moszczeńskich, Mycielskich, Szumanów, Zakrzewskich, Żółtowskich – a życzyć by należało, żeby związki takie tworzyły nietylko klasy posiadające ziemię lub wielkie majątki, lecz klasy wszystkie bez wyjątku.”

    ————————————————————————
    *) Która dziś okazała się kroniką pra-pradziadka. Będą poprawki.


  8. 5.

    Maj 21, 2013 by luca

    Dziadek kochał psy. Przed moim narodzeniem miewał zwykle do trzech sztuk, same suki. Gdy byłam mała, była już tylko Linda, którą znaleźli gdzieś moi rodzice. Linda była sześć lat starsza ode mnie i jako jedyna istota na świecie rozumiała mój pociąg do obuwia, który czułam, odkąd nauczyłam się raczkować. Gdy tylko udało mi się wymknąć z pokoju, pędziłam z całą prędkością zdesperowanego niemowlęcia, w przedpokoju właziłam w kąt z butami, wybierałam te największe i najbardziej ubłocone, po czym zatapiałam w nich nieliczne zęby. Ludzi ogarniała zgroza, pies zaś patrzył na nich z politowaniem: jest szczenię, gryzie buty, normalna rzecz! Później, gdy przeprowadziliśmy się do domu z ogrodem, a Linda razem z nami, dziadek został bez zwierząt. Mówiło się, że to z powodu prowadzonej w mieszkaniu firmy i przychodzących, jak mówił dziadek, „interesantów” (nigdy później nie słyszałam tego słowa!). Ale ja myślę, że nie chciał już więcej przeżywać odejścia psa.

    Najbardziej wzruszająca historia, jaką opowiedział mi dziadek, to ta o suczce po wypadku. Zobaczył ją pewnego dnia, wracając z pracy; na ulicy stał tłumek oburzonych ludzi i bardzo kogoś przeklinał. Jak się okazało, obiektem przekleństw był kierowca, który przed chwilą potrącił psa i uciekł. Pies, biedna, mała, ledwo żywa szmatka, leżał pośrodku kręgu oburzonych, z których żaden nie przyszedł mu z pomocą. Mój dziadek – w garniturze i z teczką – minął tych wszystkich ludzi, wziął ranną suczkę na ręce i zaniósł do weterynarza, a potem do domu.

    Po wypadku suczka już zawsze chodziła tylko na przednich łapach, bezwładne tylne ciągnąc za sobą. A mojego dziadka kochała bezwarunkowo i zawsze, gdy wychodził z pracy, czołgała się pod drzwi, żeby przywitać pana pierwsza. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że pan wracał o bardzo różnych porach. Nie szkodzi; ona wiedziała.


  9. 4.

    Maj 20, 2013 by luca

    Gdy miałam jakieś dwa lata, przeprowadziliśmy się do domu z ogrodem. Dziecko i ogród to idealne połączenie. Pamiętam, że wstawałam rano i od razu wychodziłam na dwór. Gdy wszyscy jeszcze spali, ja zwiedzałam ciemne kąty pełne pokrzyw, poziomek albo leszczyny, w których pełno było ślimaków winniczków; mówiłam im: „dzień dobry panu” lub „dzień dobry pani”. „Paniami” były zazwyczaj te mniejsze. Całe lato spędzaliśmy na dworze, najpierw w postawionym pod drzewem kojcu, potem w piaskownicy, a później na drzewach. Moja młodsza siostra była mistrzynią we wspinaniu się i zawsze wchodziła wyżej niż ja i na trudniejsze drzewa. Szczególnie upodobała sobie gruszę, na którą ja nie umiałam wejść, zaś ona, gdy już wlazła – nie potrafiła zejść. Siedziała więc na gałęzi, a ja stałam pod spodem i krzyczałam w stronę tarasu: „Ma-mo A-ga-ta zno-wu we-szła na gru-szę i nie mo-że zeeejść!!!”

    Wieczorami paliło się ogniska, przy których czasem ktoś później siedział aż do rana, piekąc ziemniaki. Przyjeżdżali znajomi i przywozili swoje dzieci, więc po ogrodzie biegała nas cała banda. Notorycznie ktoś był użądlony przez pszczołę, ktoś był brudny i ktoś jadł piasek albo skakał w pokrzywy. W potrzebie biegło się do domu, oczywiście przez taras, i lokalizowało najbliższego dorosłego. Obiady gotowały różne ciotki, więc jedzenie smakowało zawsze inaczej. Wszyscy mieliśmy szalone apetyty i liczyliśmy sobie kanapki: „mamo, a on zjadł więcej!”

    W upalne, duszne dni, takie, które od rana grożą burzą, lecz ona nie nadchodzi i tylko pot spływa strumieniami – w takie dni ogród zamierał. Kwiaty bardzo mocno pachniały, pszczoły głośniej brzęczały, a poza tym nic się nie działo. Aż wreszcie nadciągały chmury, w minutę robiło się ciemno i zaczynało padać. Tylko u nas. Sąsiednie domy stały nadal w pełnym słońcu, zgrzane i suche, a u nas lało. Wybiegałyśmy wtedy z siostrą na taras, dwa golasy, i biegałyśmy w deszczu w kółko jak wariatki. Brakuje mi tego.


  10. 3.

    Maj 19, 2013 by luca

    Każdy potrzebuje korzeni. Bez wiedzy o tym, skąd pochodzimy, trudno nam orzec, kim jesteśmy. Nie wyobrażam sobie życia w oderwaniu od tej wiedzy; jestem odrębnym bytem, tak, ale nie wzięłam się z tchnienia dobrej wróżki. Właściwie to wzięłam się z pociągu relacji Warszawa – Sanok, zapewne brudnego i śmierdzącego, bo początek lat osiemdziesiątych nie obfitował w wypieszczone Inter City, a gdyby obfitował, to raczej nie puszczano by ich w Bieszczady. Poczęcie dziecka w pociągu to niezły sposób na stworzenie niespokojnego ducha, wiecznie między: „pieprznę wszystko i wyjadę w te Bieszczady” a „nie mogłabym żyć poza miastem”. Oczywiście, że od urodzenia lubię pociągi.

    Tata mojego taty pochodzi z Ukrainy i nikt nie wie, jakie naprawdę nosi nazwisko. W tym miejscu korzenie urywają się. O rodzinie od strony babci również nie wiem zbyt wiele. Najbliżej mi do rodziny mamy, po mieczu, czyli od strony Stefanka, który wyżarł kanapki. Dziadek Stefan ożenił się z piękną kobietą o polskim imieniu Alicja, której mama była Niemką i do końca życia nie nauczyła się dobrze mówić po polsku. Mam więc geny ukraińskie i niemieckie, to znaczy te na pewno, bo co jeszcze – trudno powiedzieć. Jak wiadomo, „prawdziwi Polacy” nie istnieją, zwłaszcza, że krew w narodzie gorąca i na przestrzeni dziejów mieszaliśmy się często a chętnie. Panieńskiego nazwiska babci Ali jako dziecko nie byłam w stanie nawet wymówić, zaś w wieku dziesięciu lat okazałam całkowity brak zainteresowania językiem niemieckim. Prababcia zapewne przewróciła się w grobie. I na przewracającej się prababci, która mówiła: „siur” zamiast: „szczur” kończy się moja wiedza o żeńskiej gałęzi drzewa genealogicznego.

    Zostaje linia po mieczu: opowieści dziadka, wspomniana kronika i herbarze na półkach. Herbarze są niemodne, a chwalenie się pochodzeniem uchodzi za prostackie – trochę jak chwalenie się ceną kupionego domu. Czym tu zresztą imponować? Na pewno nie majątkiem, który zapobiegliwy pradziadek sprzedał był przed wojną; przewidział, że będą zabierać, nie przewidział jednak, że kiedyś zaczną też oddawać. Wyobrażam sobie, jak uzyskane pieniądze nerwowo rozdzielano po rodzinie, żeby każdy mógł jakoś sobie poradzić. Rozdzielono też zastawę i w domu mamy obecnie szczątki kryształów: misę na banany, komplet do serwowania konfitur, ręcznie robione kieliszki w sześciu kolorach – każdy z innej parafii, bo w międzyczasie się tłukły i dokupowano nowe. Mamy także pół kompletu srebrnych sztućców, które zwykłam nostalgicznie czyścić dwa razy do roku, gdy mieszkałam jeszcze na Czyżyka. W naszej połowie jest dwanaście widelców, nie ma natomiast wcale łyżek.

    Miło jest pomyśleć, że gdzieś na świecie żyje rodzina, która przed świętami czyści dwanaście srebrnych łyżek, zastanawiając się, gdzie trafiły widelce.