RSS Feed

2.

18 maja 2013 by luca

Mój dziadek od strony mamy urodził się w 1921 roku i wychował w dworku. W dzieciństwie słuchałam historii: o przyjęciu w ogrodzie, na które narobiono kanapek, a zaczytany w jakiejś powieści Stefanek mimochodem zjadł wszystkie; o zakładach na pieniądze z kucharką; o maszynie do lodów w piwnicy i o „dniach językowych”, gdy w domu wolno było mówić wyłącznie po francusku, angielsku, niemiecku lub rosyjsku. Moi pradziadkowie trzymali kucharkę, kelnerkę (tak nazywał ją dziadek w swoich opowieściach) i pokojówkę, która sprzątała wszędzie oprócz pokoju mojej prababci. Do pokoju prababci nie mógł wchodzić nikt prócz niej samej, sprzątała więc również sama. Dziś doskonale rozumiem tę potrzebę prywatności i jestem pewna, że gdybym musiała prowadzić dom na co najmniej osiem osób, z przyjęciami i całą resztą, również zażądałabym dla siebie jakiegoś azylu. Szczególnie, gdyby mój syn co i rusz udowadniał kucharce, że potrafi zjeść na raz łubiankę czereśni lub wypić litr wody.

Ogrodnika nie mieli, ponieważ mój pra-pradziadek  sam zajmował się ogrodem. Jego oczkiem w głowie były róże; nie tylko je hodował, ale także szczepił, tworząc nowe odmiany. Rosarium to najwyraźniej dziedziczne marzenie; dajcie mi kawałek ziemi, a przynajmniej spróbuję. Reszta roślin też miała się nieźle, dopóki mój dziadek pewnego wiosennego dnia nie ułamał gałęzi z jabłoni. Drzewko poczuło się zranione i zaczęło krwawić, to znaczy obficie puszczać soki, które nie chciały przestać lecieć. Przerażony Stefanek poleciał do swojego dziadka i przyznał się do zbrodni. „Poproś kucharkę o przekrojonego na pół ziemniaka, a potem przyłóż go do tego miejsca.” – usłyszał zamiast reprymendy. Prosta ta metoda tamowania krwotoku u drzewa zapadła mi głęboko w pamięć, lecz niestety jak dotąd nigdy się nie przydała.

Dziadek-ogrodnik z zawodu był lekarzem; jego syn, a mój pradziadek – filologiem klasycznym. Obaj byli też niespełnionymi pisarzami- po lekarzu została obszerna kronika rodzinna, spisana po polsku i łacinie, uporządkowana i zaopatrzona w uwagi dla drukarza, po filologu zaś – dwa starannie wykaligrafowane zeszyty o życiu codziennym Greków i Rzymian Jeśli pisali również rzeczy bardziej frywolne, historia o tym milczy. Nie sądzę jednak; w dzieciństwie miałam przerażającą przyjemność spać pod portretem pradziadka. Pradziadek wisiał w ciężkich ramach, wielki jak komoda, ciemny i ponury. Za każdym razem, gdy otwierałam oczy, napotykałam jego surowe spojrzenie. Był to wzrok człowieka, który, widząc cię w łóżku o szóstej rano w niedzielę, karci cię za lenistwo. I z całą pewnością nie zakłada się ze służbą.


Brak komentarzy

Brak komentarzy.

Przepraszamy, możliwość dodawania komentarzy jest obecnie wyłączona.