RSS Feed

19.

22 czerwca 2013 by luca

Dom rodzinny, ten z kucharką i różami prapradziadka, stał w Krobi – tej wielkopolskiej, pod Poznaniem, choć znalazłam także Krobię w gminie – uwaga – Lubicz w Toruńskiem. Pamiętam z dzieciństwa jedno zdjęcie: niewielki, zniszczony dom, brzydota taka, że odwróciłam wzrok i nie zapamiętałam szczegółów. Był to bolesny upadek po opowieściach dziadka, z których w mojej wyobraźni wyłaniał się bielony dworek polski wśród ciemnej zieleni topoli, co go bronią od wiatrów jesieni. Wyobrażenie to jest zresztą nadal żywe i po cichu, po cichutku marzę, że gdy wreszcie tam pojadę, znajdę coś, co warto ratować. Choć może opuszczony przed wojną dom, służący potem zapewne wojsku, władzom ludowym, a kto wie, czy nie na przykład stadom krów ( nie wiem, czy krowy nie najlepsze) jest czymś, co powinno pozostać we wspomnieniach, jak zmarły, którego wolimy pamiętać z jego najlepszych czasów. Od dawna jednak kiełkuje we mnie pomysł, by odnaleźć rodzinny majątek, odkryć go na nowo, może kupić część ziemi i zamieszkać – wrócić – tam, gdzie wychowywał się mój dziadek. Jest to po części romantyczne marzenie dziedziczki bez ziemi, a po części pragnienie odnalezienia korzeni, dotknięcia ich, powąchania i posmakowania, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.

Poszukując informacji o Krobi natknęłam się na stronę Muzeum w Gostyniu i zapiski jednego z dawnych mieszkańców gminy. Niespodziewanie znalazłam tam taki fragment:

Kolegą szkolnym z jednej z klas był Stefan Rakowski, mieszkający u swego wujka, krobskiego lekarza – pana Rajmunda Rakowskiego. Stefek jako dobrze wychowany uczeń nie wdawał się w żadne bójki na przerwach. Był przesadnie ugrzeczniony i z tego tytułu w swoisty sposób prześladowany. Byli bowiem zazdrośnicy, a w szczególności tacy, którzy do szkoły przynosili skąpe drugie śniadanie, składające się najczęściej z chleba posmarowanego smalcem lub margaryną . Oni to wybierali z jego teczki smakowite bułeczki z masłem i szynką obłożone. Ale nie tylko on był pozbawiony śniadania. Było to wówczas zjawisko dość nagminne, dyktowane głównie pobudkami zemsty.

Po pierwszym wzruszeniu oraz refleksji, że w tej rodzinie najwyraźniej mamy przechlapane w szkole dłużej, niż sądziłam, przyszła wątpliwość zasadnicza. Wujka? Miał być dziadek! Tak właśnie wygląda praca nad historią rodzinną: co chwilę z szafy wyskakuje jakaś informacja, która kładzie wszystko, co sądziłam, że wiem.


Brak komentarzy

Brak komentarzy.

Przepraszamy, możliwość dodawania komentarzy jest obecnie wyłączona.