RSS Feed

17.

14 czerwca 2013 by luca

Nie lubię jabłek.

Jako mała dziewczynka wspinałam się na jabłonie, powykręcane, stare, przyjazne drzewa, wiosną ciężkie od kwiatów, jesienią tak pełne owoców, że grożące połamaniem gałęzi. Kwiaty jabłoni, ze swą śnieżną lub kremową bielą, subtelnym różem i tym ulotnym zapachem, którego nie czujesz, gdy wąchasz, ale który cię znienacka obezwładnia, gdy po prostu spokojnie oddychasz, są do dziś moimi ulubionymi. W maju ogród tracił ten pachnący strój i pojawiały się owoce – maleńkie, zielone, jeszcze nawet nie okrągłe, ale rosnące z dnia na dzień. Przez całe lato zbieraliśmy spod drzew niedojrzałe jabłka, którym czasem zdarzyło się opaść przedwcześnie, być może nie bez udziału skaczących po gałęziach dwóch małpiatek. Brat był wówczas za mały na wspinaczkę. Kosztowałyśmy z siostrą tych kwaśnych jabłek, wciąż zdumione, że jeszcze nie dojrzały do zjedzenia, nawet pod koniec lata, gdy nabrały już nieco rumieńców. Zniecierpliwiona mama nauczyła nas w końcu rozpoznawać dojrzałość nadgryzionego jabłka po kolorze pestek: białe oznaczały owoc niedojrzały, po którym będzie bolał brzuch. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek mnie rozbolał, a z ciekawości zjadałam wówczas wszystko, co tylko wpadło mi w ręce. Owoce, liście i kwiaty, trawki, nawet małe gałązki.

Gdy jabłonki odchowały wreszcie swoje owoce – zielono-czerwone albo w prążki w odcieniach czerwieni i różu, z brązowymi jak należy pestkami – zrywałyśmy je prosto z drzew, z tych najwyższych gałęzi, na których, w najbardziej niedostępnych miejscach, rosły najpiękniejsze, największe, najbardziej rumiane jabłka. Gdy nie dało się zerwać, trzęsłyśmy biednymi drzewkami dopóty, aż upragniony owoc spadł na ziemię, a z nim dwadzieścia innych. Czy wiecie, jak smakuje dojrzałe jabłko prosto z drzewa? Jak raj. Lepiej niż raj. Zerwane prosto z drzewa pachnie liśćmi i tą cieniutką gałązką, która stała się jego ogonkiem. Pachnie skórką, słońcem i drzewem. Pachnie prawdziwym jabłkiem. Ugryzione, chrupie i opryskuje ci brodę sokiem. Zawsze zjadasz całe, czasem nawet razem z ogryzkiem i ogonkiem. One także smakują jak raj. Wąż dobrze wiedział, czym kusić biedną Ewę.

Te owoce, których nie zdołałyśmy zjeść – a w końcu byłyśmy tylko dwie, a nawet łącznie z małym jeszcze bratem i dziećmi różnych wakacyjnych gości nie dalibyśmy jednak rady przejeść jabłek z kilku drzew – chowano w komórce na zimę. Jabłka przechowują się znakomicie, toteż nigdy nam tych owoców nie brakowało. Dużo, dużo później, gdy przestaliśmy odwiedzać dom z ogrodem, był też inny ogród i inne jabłka. Już nie tak pyszne, ale wciąż stanowiące zapas „na zimę”, duszone i wekowane, ukryte w kuchennej szafce-spiżarce i wyciągane w czarnej godzinie jako dodatek do ryżu, cukru i śmietanki.

Nie lubię jabłek; zwykłam mówić, że zjadłam ich w życiu już za dużo i mam dość. Prawda jest jednak taka, że jabłko, które dziś kupuję na bazarze, nawoskowane, lepkie od oprysków, zbyt duże i podejrzanie miękkie, i zupełnie pozbawione woni – w niczym nie przypomina tamtych rajskich owoców, których zapach wypełniał ogrody mojego dzieciństwa.


Brak komentarzy

Brak komentarzy.

Przepraszamy, możliwość dodawania komentarzy jest obecnie wyłączona.