RSS Feed

16.

9 czerwca 2013 by luca

W mojej rodzinie czytanie jest czymś zupełnie oczywistym i, jako najstarsze dziecko rodziców chodzących non-stop z nosami w książkach, ze zdziwieniem odkryłam, że nie jest takie dla wszystkich. Odkrycia dokonałam w przedszkolu, gdzie zwykłam sobie siedzieć w kąciku nad książką, co okazało się z jakiegoś powodu denerwować inne dzieci. Dzieci poszły więc do pani na skargę: „Proszę panii, a ona nie czyta, tylko udajee!”. Przedszkolanka podeszła do mnie, sprawdziła, po czym usadziła mnie na środku i kazała czytać dzieciom na głos, ostatecznie grzebiąc wszelkie nadzieje na przyjaźń między nami. I tak to leciało przez kolejne lata, bo z kolei w szkole często wywoływano mnie z lekcji tylko po to, żebym czytała na głos innej klasie. Nienawidziłam tego i próbowałam czytać w tym samym tempie, w jakim czyta się w myślach, wobec czego słuchacze nie rozumieli ani słowa. Wściekła byłam ja, wściekła cała klasa i tylko nauczyciele byli zadowoleni, odwalając moim gardłem wszystkie zastępstwa.

Z oczytania, a także ogólnego obycia z kulturą, bezpośrednio wynika język, jakim się posługujemy. W domu nie kładło się nacisku na polszczyznę literacką, lecz używało się jej swobodnie, w sposób zupełnie odruchowy. Równie swobodnie przeplatało się ją różnego rodzaju cytatami, powiedzeniami i wtrętami z co najmniej czterech języków. Dziecko zaś słuchało i chłonęło. Zanim zorientowałam się, że „faux pas”, „ex aequo” i „yes, sir” nie są takimi samymi wyrażeniami, jak „daj to” czy „zaraz przyjdę”, musiało upłynąć sporo czasu i kilka komunikacyjnych rozczarowań. Wyobrażam sobie, jak zabawnie musiały brzmieć łacińskie i rosyjskie powiedzonka, ze śmiertelną powagą wplatane w rozmowę przez pięciolatkę, tym bardziej, że nigdy nie sepleniłam i brałam siebie bardzo serio, co już samo w sobie z pewnością było komiczne.

To jednak, co sprawdzało się w rozmowie z domownikami i zaprzyjaźnionymi dorosłymi, nie było stosowne w przedszkolu i podstawówce. W placówkach tych od razu demaskowano mnie jako kujonkę i dziwaczkę, i nikt mi, niestety, nie wyjaśnił, że dzieci zwyczajnie nie rozumieją połowy tego, co do nich mówię. Niewiele by to zresztą zmieniło, jak bowiem miałabym dostosować swój język do poziomu przeciętnej Kasi czy Zosi, gdy nie byłam w stanie określić, które słowa są „łatwe”, a które „trudne”? Dla mnie wszystkie były łatwe, poznałam je bowiem w domu lub z pierwszych lektur. To, że gdy kończyłam „Winnetou”, inne dzieci ledwo sylabizowały „Plastusiowy pamiętnik”, jakoś nie dało mi do myślenia.

W dorosłym życiu nauczyłam się dostosowywać język do rozmówcy, mimikra ta zaś, która jest między innymi podstawą udanego handlu, szła mi tak dobrze, że znakomicie sprawdzałam się jako sprzedawczyni. W pewnym momencie złapałam się na tym, że już w ogóle nie używam języka z pełną swobodą, nie wykorzystuję całego wokabularza – notorycznie bowiem okazuje się, że rozmówca nie rozumie, co do niego mówię. Oczywiście zdarza się też, i to wcale często, że ja sama nie znam znaczenia jakiegoś słowa. Najczęściej wtedy milczę, by po rozmowie czym prędzej dowiedzieć się, co ono oznacza, za każdym bowiem razem czuję się jak idiotka. Przyswoiłam sobie zasadę, że używanie „mądrych słów” jest równoznaczne z wymądrzaniem się, a znajomość słownika nie świadczy jeszcze ani o inteligencji, ani, tym bardziej, o sercu. Ogromną jednak czuję ulgę, gdy mogę rozmawiać swobodnie, bez ważenia każdego obcego wyrazu i zastanawiania się, czy rozmówca na pewno odróżnia afekt od awersji. Najswobodniej – oczywiście – z Czyżykową rodziną.


Brak komentarzy

Brak komentarzy.

Przepraszamy, możliwość dodawania komentarzy jest obecnie wyłączona.