RSS Feed

15.

8 czerwca 2013 by luca

Dziś, naturalnie, nie ma znaczenia, czy ktoś herbowny, czy nie. Szlachectwo poważnie straciło na znaczeniu już po pierwszej wojnie, którą prapradziadek nazywał „wojną europejską”, bo ta druga europejska wojna jeszcze nie nadeszła, jeszcze nie zagroziła rodzinnemu majątkowi w Krobi i ukochanym różom pana doktora. Sentyment do niedawnej świetności jednak pozostał i do dziś w biblioteczce mojej mamy stoi mała kolekcja odziedziczonych herbarzy. Nieładnie jest jednak chwalić się długością korzenia, nawet, gdy idzie o korzenie rodzinne. Byłoby to zresztą chwalenie się mocno na wyrost, linia kończy się bowiem na mojej mamie, która dwieście lat temu mogłaby dumnie pieczętować się herbem, oczywiście do momentu zamążpójścia, bo, jak wiadomo, poszła za nieszlachcica.

Pomimo jednak, że zaglądanie ludziom w drzewo genealogiczne stanowi dziś poważne faux pas, po tylu latach od przymusowego wprowadzenia równości – która pewnie i tak wprowadziłaby się sama, i bardzo dobrze – wciąż zdarzają się takie żenujące sytuacje, gdy rozmówca ewidentnie wydaje się być cienką gałązką jeszcze cieńszej sadzonki. Montgomery w „Emilce” określała to niezbyt ładnie (i wkładała w usta niesympatycznej ciotki): „Wyrośli spod ziemi wczoraj czy przedwczoraj”. Posiadając pewną rodzinną tradycję w myśleniu i oczytaniu, odruchowo oczekuje się tego samego od rozmówcy, który jednakże nie zawsze miał w rodzinie samych lekarzy i prawników. Pradziad rozmówcy mógł być na przykład stolarzem, też potrzebny zawód, i nie wymaga dobrze skompletowanej biblioteki. A jego ojciec – przechodzącym przez wieś żołnierzem. Wszystko to jest bardzo miłe i romantyczne, i nikogo nie deprecjonuję, zmierzam jednak do tego, iż w zwykłej rozmowie można niekiedy wyczuć brak pewnych wspólnych tradycji i nie trzeba odwiedzać nikogo w domu, by wiedzieć, czy pachnie w nim lekko pożółkłymi książkami, czy tylko świeżą farbą drukarską z „Faktu”. Toteż napotkanie bratniej duszy, z równym, choć dobrze skrywanym sentymentem mówiącej: „Podobno przed wojną, w naszym rodzinnym majątku…”, bywa prawdziwym balsamem i początkiem przemiłej konwersacji, i już wcale niekoniecznie o tychże majątkach.

Osobiście, spotkawszy taką osobę, z większą swobodą używam zawartości słownika wyrazów obcych i przestaję się bać łacińskich wtrętów, które inni mogliby wziąć za popisówę. Innymi słowy, opuszczam gardę, zdejmuję maskę idiotki i na chwilę staję się werbalnie sobą, taką, jak mnie wychowano. A w domu cytaty obcojęzyczne słały się gęsto, polskie zresztą też; znaczenie większości pojmowałam intuicyjnie, na podstawie kontekstu, i źródła niektórych z nich nie znam do dziś.

Ale o tym może jutro.


Brak komentarzy

Brak komentarzy.

Przepraszamy, możliwość dodawania komentarzy jest obecnie wyłączona.