RSS Feed

13.

6 czerwca 2013 by luca

Gdy urodził się mój jedyny brat, miałam trzy i pół roku. Pamiętam dziwne zawiniątko w starym, wiklinowym koszu, który służył za łóżeczko, nazywanym w rodzinie „koszem na gada”. Położna zapisała potem w raporcie: „dziecko śpi w koszu na brudną bieliznę!”. Zawiniątko było pomarszczone i niezbyt interesujące, do mnie zaś średnio docierało, że to ma być ten brat, o którym tyle słyszałam. W dodatku zapomniałam, jak mu na imię i było mi z tego powodu głupio.

Zawiniątko rosło jednak szybko i wkrótce zmieniło się w raczkującą bombę kursującą głównie na trasie sypialnia rodziców-kuchnia i powtarzającą: „dać! jeść!”, niedługo potem zaś zaczęło sięgać do lodówki i od tego momentu już nic, co jadalne, nie było bezpieczne. To niewiarygodne, ile jedzą dorastający chłopcy. Cokolwiek sobie z siostrą przygotowałyśmy lub, nie daj Boże, zostawiłyśmy na później – znikało jak sen jaki złoty. Nie pomagało chowanie, opatrywanie karteczkami „MOJE, NIE RUSZAĆ!”, a nawet nadgryzanie – młody mężczyzna pożerał wszystko z wyjątkiem ryb i śliwek. Do dziś mam taki odruch, żeby dać mu coś do jedzenia, bo na pewno jak zwykle jest głodny – i jednocześnie drugą ręką schować do szafki to, co chciałabym sama później spożyć.

Z biegiem lat okazało się jednak, że bardzo miło jest mieć brata i dobrze, że siostrzane tortury nie załatwiły go na amen. Brat zrozumie, pomoże, zabierze na piwo. Gdy trzeba, nakrzyczy na innych chłopców. Brat nawet z siostrą zatańczy, choć nie tańczy. Można także pofatygować się do niego po opinię w sprawie ubrania, bo choć sam, jakby to łagodnie ująć, nie jest ikoną mody, to gust do damskiej garderoby ma. I męskie oko, wiadomo.


Brak komentarzy

Brak komentarzy.

Przepraszamy, możliwość dodawania komentarzy jest obecnie wyłączona.