RSS Feed

12.

31 maja 2013 by luca

Miałam sześć lat, gdy moja mama spakowala niezbędne rzeczy i z trójką uczepionych spódnicy dzieci wróciła pod opiekuńcze skrzydła dziadka Stefana. Wyobrażam sobie jego minę, gdy znienacka stanęła pod drzwiami, bez uprzedzenia, bo telefonu nie mieliśmy. Ta historia pięknie by wyglądała dwieście lat wcześniej: szlachcianka-inteligentka, ukochana jedynaczka, jej mezalians z synem ukraińskiego zbiega o niewiadomym pochodzeniu, a po kilku latach skruszony powrót do tatusia, który jak zwykle miał rację. Był jednak dwudziesty wiek, odarty z romantyzmu, a na szczęście także większości uprzedzeń. Zamieszkaliśmy więc u dziadka w salonie, który od tego dnia stał się królestwem chaosu.

Mieszkanie zostało przed wojną zaprojektowane dla małżeństwa z dochodzącą służącą: na lewo dwie sypialnie połączone drzwiami, które pani mogłaby w razie potrzeby zamknąć na klucz, i łazienka dla państwa; pośrodku hol z podwójnymi drzwiami do salonu; na prawo kuchnia, a z niej korytarzyk do pokoiku dwa na dwa, ubikacji i bocznego wejścia do tego samego salonu. Salon miał dwadzieścia parę metrów, był więc tylko niewiele mniejszy od kawalerki, w której zamieszkałam  dwie dekady później. W jednym rogu stał narożnik, a w drugim wersalka; dwoje dzieci spało na wersalce, głowami w przeciwne strony, trzecie zaś z mamą na narożniku. Spanie z mamą było szczęściem i zaszczytem, którego dostępowaliśmy na zmianę, pomimo groźby oberwania w głowę obrazem z rybakami, stanowiącym równie imponującą co wątpliwą ozdobę pokoju. Obraz zresztą faktycznie kiedyś spadł, oczywiście w środku nocy, i od tego czasu przestał stanowić konkurencję dla wiszącego nad wersalką ponurego pradziadka. Uroda obydwu dzieł była z tych wyrafinowanych, trudnych do przeniknięcia dla niewytrenowanego umysłu, toteż,  gdy zdarzyło mi się obudzić w środku nocy, pilnie uważałam, by nie rozglądać się po ścianach.


Brak komentarzy

Brak komentarzy.

Przepraszamy, możliwość dodawania komentarzy jest obecnie wyłączona.