RSS Feed

11.

29 maja 2013 by luca

Moi rodzice poznali się w liceum. Klasyczna historia: ona w klasie humanistycznej, on w matematycznej, siedemnaście lat, do tego zabawny przypadek – i gotowe. Przypadek wyglądał tak, że moja mama zgodziła się pójść z chłopakiem do kina w miejsce koleżanki. Cztery lata później, niecierpliwie doczekawszy dwudziestych pierwszych urodzin mojego taty, założyli podstawową komórkę społeczną; nim minęły kolejne trzy, urodziłam się ja, a następnie siostra i brat.

Już z dwójką dzieci rodzicom było ciasnawo w mieszkaniu pana prokuratora i trzeba było coś przedsięwziąć. Tu wkroczył dziadek mojego taty, hojnym gestem obdarowując młodych kawałkiem ziemi. Tak więc pewnego lata moi rodzice zwinęli manatki i przenieśli się z córkami, półtora- i dwuipółroczną,  pod Warszawę. Zamieszkaliśmy tam w budowli zwanej – bez szacunku dla złudzeń – budą. Buda była z płyt kartonowych, podzielona na dwie izby, do spania i do gotowania. Co do wygódki nie mam pewności, byłam bowiem podówczas na etapie nocnikowym. Buda z pewnością w różnych historycznych okolicznościach mogłaby śmiało służyć licznej rodzinie, co najmniej jednej, i może nawet dawniej służyła. Dla nas była na szczęście jedynie tymczasowym mieszkaniem, ponieważ rodzice spieniężyli książeczkę mieszkaniową i w ciągu jednego lata zbudowali dom. Jak przez mgłę pamiętam facetów (tych od czereśni) kopiących fundamenty i wbijających w nie drewniane pale. Chodziłam za nimi krok w krok ze śmiesznym, gumowym młotkiem, którym pieczołowicie dobijałam każdy pal. Młotek robił „pi!”.

Pewnego wieczoru, z pewnością dzięki mojej cennej pomocy, dom był gotów. Miał wszystko, co powinien mieć dobry dom: dwa pokoje na piętrze – jeden nasz, dzieci – i łazienkę, zielony salon, sypialnię rodziców, kuchnię, jadalnię, wielki przedpokój i wielki taras, no i oczywiście ogromny ogród. W jadalni stał duży stół i sięgający sufitu regał  z książkami. Dla dwulatki wszystko było wysokie, szerokie, przestronne. Jest takie nadal, gdy śnię o domu i w skrytości ducha cieszę się, że nigdy nie skonfrontuję tych dziecięcych wspomnień z rzeczywistością. Nagła wizyta w niewielkim i ciasnym domku zawalonym gratami, możliwość ogarnięcia ogrodu mojego dzieciństwa jednym spojrzeniem – nie, dziękuję.

Ogród częściowo urządziła moja mama i pamiętam, że tonął w kwiatach. Były tam tulipany, żonkile, narcyzy, róże pnące, dzikie i krzewiaste, forsycje, peonie i wiele innych, których nazw nie znałam. Prócz kwiatów były owoce: jabłka, gruszki, śliwki, czereśnie, orzechy, morele, porzeczki, agrest. Mama urządziła także ogródek warzywny tak, jak mogła to zrobić tylko panna z miasta. Wytyczyła mianowicie dwie bardzo długie grządki zamiast kilku krótkich; ogromnie ją potem irytowało ciągłe wzdłuż nich bieganie. Wszystkie te cuda mieściły się w połowie ogrodu; druga połowa była niezagospodarowana. Gospodarny pradziadek nie mógł znieść, że ziemia leży tak bez pożytku, siał więc na niej żyto. Co roku rosło bujne i wysokie, i surowo zabraniano nam zabawy w nim, żebyśmy nie deptali kłosów. Co roku jednak nikt go nie ścinał w porę, z czasem więc zboże kładło się i jesienią mój ojciec wreszcie z litości kosił resztki, pozostawiając kłujące rżysko, następnego roku zaś cała historia się powtarzała.

W tym domu i tym ogrodzie mieszkałam niecałe cztery lata. Exodus pod opiekuńcze skrzydła dziadka miał miejsce zanim poszłam do szkoły. Wciąż jednak, gdy myślę o dzieciństwie, mam przed oczami przede wszystkim tamten wczesny okres, korę jabłoni, trawnik usiany koniczyną, mrówki na pąkach piwonii. Dobrze jest wychowywać się w ogrodzie, wśród zapachów i kolorów, których trzeba doświadczyć z bliska, dotknąć dziecięcą rączką. I kiedy myślę o moich dzieciach, towarzyszy mi pragnienie, aby one też miały tę możliwość. Mieć własny ogród dzieciństwa, prywatną paletę barw, którą na zawsze zachowają we wspomnieniach.


Brak komentarzy

Brak komentarzy.

Przepraszamy, możliwość dodawania komentarzy jest obecnie wyłączona.