RSS Feed

10.

27 maja 2013 by luca

Umysł ludzki ma zadziwiającą umiejętność spychania w głąb złych wspomnień, zasypywania ich grubą warstwą niepamięci i nie wykopywania nigdy. Podświetla natomiast te miłe, stawia je na komodzie w ładnej ramce i często odkurza. Toteż  moje dzieciństwo jest jak film „Tajemniczy ogród” Agnieszki Holland: nostalgiczne kadry, ciepłe zdjęcia, niezwykłe kolory. Ogród mojego dzieciństwa jest zawsze słoneczny, pełen brzęczenia pszczół, kwitnących kwiatów, jabłoni uginających się pod ciężarem owoców. Wieczorami palą się pachnące ogniska lub kładę się obok mamy na rozwieszonym między jabłonkami hamaku i, przysypiając, patrzę, jak tata maluje nasz dom na biało. Jako malutką dziewczynkę sadzają mnie na czereśni, bardzo wysoko jak na mój niewielki wzrost, a ja jestem zachwycona, wieszam sobie czereśniowe kolczyki i z godnością rozdającej dary królowej podaję owoce stojącym na dole mężczyznom. Siedzę w zielonym pokoju i rozmawiam z naszą suką Lindą, święcie przekonana, że tylko ja naprawdę ją rozumiem. Mam cztery lata i w tym samym pokoju uczę się czytać i pisać: mam dużą kartkę ze starej komputerowej drukarki, dziurkowaną z obu stron, i pomarańczową kredkę, którą rysuję duże, niewprawne litery; następne wspomnienie to już samodzielne czytanie.

Jem śniadanie z całą rodziną przy ogromnym kuchennym stole, na którym mama stawia dwie miski twarożku: na słono i na słodko, a tata zawsze niechcący kradnie sztućce do nakładania, nieświadomie odkładając wszystkie przy swoim talerzu; śmiejemy się z wianuszka widelców, które sobie zgromadził. Wspinam się na palce do kolejnych półek z książkami i czytam je po kilka razy, całego Doktora Dolittle i Mary Poppins, baśnie braci Grimm, encyklopedię i w ogóle wszystko, czego dosięgnę. Buduję z drewnianych klocków konstrukcje przeczące prawu grawitacji, ale jeszcze go nie znam, więc wszystko się udaje. W ogrodzie zrywam młode pokrzywy i ukradkiem robię z nich sałatkę, całkiem jadalną. Chodzimy na spacery do lasu, uczę się nazw drzew, ptaków i kwiatów, ćwiczę równowagę na patykach przerzuconych przez strugę (dwadzieścia lat później będę bez trudu przebiegała po wąziutkiej kładce w szpilkach i długiej spódnicy). Oglądam pantofelka pod mikroskopem, kalkuję na kartkach korę drzew, gadam do motyli. Wymyślam imiona dla mającego się urodzić brata, potem patrzę, jaki jest mały, jak je, jak raczkuje. Zasypiam beztrosko w dowolnym miejscu i budzę się zawsze w swoim łóżku, całkowicie bezpieczna.

W ogrodzie mojego dzieciństwa nie ma kłótni, krzyków, awantur. Nie ma ani jednej rzeczy, która zwiastowała późniejszą pośpieszną przeprowadzkę do dziadka już tylko z mamą i rodzeństwem. Jest tylko sama przeprowadzka, a potem wakacje z tatą, mój pierwszy wyjazd w Bieszczady, ukochane już na zawsze. Sześcioletnia ja nie straciła domu, tylko zyskała drugi, a zaraz potem trzeci, bo w Ustrzykach Górnych czuję się zawsze, jakbym wracała do siebie. Trzy domy, cóż za fantastyczna hojność losu!


Brak komentarzy

Brak komentarzy.

Przepraszamy, możliwość dodawania komentarzy jest obecnie wyłączona.