RSS Feed

1.

17 maja 2013 by luca

Wanna na Czyżyku, 16.05.2013

Moja rodzina jest nietuzinkowa. Oczywiście każdy sądzi, że jego rodzina jest nietuzinkowa, na tej samej zasadzie, na której każda matka uważa, że jej dziecko jest najpiękniejsze na świecie. Moją rodzinę wyróżnia jednak to, że to inni uważają ją za niezwykłą. Dziwną. Szaloną. Mnie samej przez długi czas wydawała się całkiem normalna; w innej się nie wychowywałam, trudno mi więc było o porównanie. No dobra, inni mieli ojców. Wielkie halo. Ja mojego miewałam w wakacje i uważałam to za świetny układ. Inni miewali też kasę i tu już, owszem, zdarzało mi się zazdrościć. W wieku dziesięciu lat ukradłam nawet batonik. Batonik należał do  koleżanki z obozu i był niewielką częścią torby ze słodyczami, w którą zaopatrzyli dziecko zapobiegliwi rodzice. Ja w życiu nie miałam tylu słodyczy na raz. Zwinęłam więc Marsa, koleżanka się zorientowała, odprawiono nade mną sąd obozowy i skazano na kwarantannę, choć próbowałam bez skrupułów zrzucić winę na młodszą siostrę. Dziś zresztą sądzę, że brak wielkiej torby z batonikami nie musiał być stygmatem biedy, bywały bowiem u nas lata chudsze i bardziej tłuste, a słodyczowa szafka u dziadka była w tym czasie zaopatrzona sowicie. Przypuszczam raczej, że moja mama nie uznała za stosowne faszerować nas Marsami i Milky-Wayami w takich ilościach, i teraz, po dwóch dekadach, doprawdy trudno mi ją za to winić. Jednak, mamo, taka torba była moim skrytym  marzeniem.

Zdaję sobie sprawę, że niebogatych, rozwiedzionych rodzin jest sporo i bynajmniej nie czyni nas to dziwakami, choć trudno było w to uwierzyć pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy dzieci rozwodników uważano powszechnie za patologię znacznie gorszą, niż dzieci alkoholików. To znaczy za patologię uważano rozwód i alkoholizm, ale ta subtelna różnica często umykała naszym umysłom, zwłaszcza, że obrywaliśmy my, czyli dzieci. Od innych dzieci, od ich rodziców, a najbardziej od nauczycieli, tej zawsze skostniałej grupy, której przedstawiciele wciąż jeszcze, w XXI wieku, potrafią wezwać policję do nieposłusznego sześciolatka. Wtedy potrafili walnąć w głowę pękiem kluczy, złapać za włosy i zagrozić ich obcięciem, a przede wszystkim wyśmiewać bez odrobiny refleksji. Kogo nie szykanowali nauczyciele, temu dokładali uczniowie – za etykietkę kujona. Mnie udało się uplasować w obu grupach na raz; rówieśnicy nie znosili mnie za dobre stopnie, a nauczyciele – za opinię inteligentniejszej od nich i za to, że moja mama nie rwała się do klasowej trójki. Najbardziej cierpiałam z tego powodu, że nie lubiły mnie szkolne rozrabiaki, ja zaś zawsze kochałam się w łobuzach. Pewnie nie ja jedna.

Co więc wyróżnia rodzinę z ulicy Czyżyka? Co sprawia, że niemal obcy ludzie tak świetnie czują się w  naszym głośnym, przepełnionym mieszkaniu, że niekiedy wizyty trwają tydzień? I skąd u nas tak silne poczucie rodzinnej przynależności? Może uda mi się to odkryć, strona po stronie, rozdział po rozdziale. Bardziej prawdopodobne, że nie.  Nie chcę tworzyć studium, chcę napisać kronikę. Subiektywną, stronniczą i zupełnie inną niż ta, którą przez lata piórem kaligrafował mój pradziadek.

Pradziadka jeszcze poznacie.


Brak komentarzy

Brak komentarzy.

Przepraszamy, możliwość dodawania komentarzy jest obecnie wyłączona.